|
Te piękne przemyślenia egzystencjalno-społeczne dobrze świadczą o Autorze i jego poglądach na rolę szamana. Pozwolę sobie skomentować je odrobiną huny, uważanej przez większość znawców za filozofię dość odległą od szamanizmu. Pryncypialnym obywatelem świata na Hawajach nie był szaman-uzdrowiciel, tylko kahuna - mistrz. Mistrz garncarstwa, mistrz żeglugi, mistrz wojny, mistrz uzdrawiania, itd. Kahuna Kupua - Święty Mistrz - ten miał na głowie pantenon bogów hawajskich, wyrocznie, politykę, organizację i obsługę świąt - tak myślę. Nie mam nic przeciwko miłości, jednak ośmielę się zakwestionować tezę, że "rozsiewanie ducha aloha" to podstawowe i najważniejsze przesłanie huny. Raczej sądzę, że jest to humanistycznie i humanitarnie wybrany przez Serge'a fragment starej wiedzy, dobrze przez Niego opakowany i podany w zrozumiałym kontekście - na pomoc złemu i cierpiącemu światu. Jest to również - sądzę - odreagowanie bezradności Wielkich Kahunów, że ich filozofia legła w gruzach na Hawajach - pod naporem konsumpcyjnych wzorców Zachodu (choć akurat na Hawajach powinna lec - i legła - najszybciej, gdyż Hawajczycy są podpięci do przychodzących myślokształtów online - bardziej niż lud w innych wierzeniach, bardziej kostycznych). Skoro się jednak zabraliśmy za hunę jako panaceum na dręczące nas pytania, to może jest prostsza droga, niż nieustanne dręczenie się wizualizacjami w ramach ekstrakcji samorozwoju do poziomu niedostępnego dla zwykłych śmiertelników, a także bezinteresowne oferowanie światu swojej miłości - z uśmiechem na ustach, pustką w portfelu i przerażeniem w oczach (ok - m a m t o, n a c o z a s ł u ż y ł e m - a l e t o n a d u ż y w a ne s t w i e r d z e n i e n i e j e s t z h u n y !!). Kahuna - mistrz, to osoba, której osiągnięte mistrzowstwo jest wyrazem tylko i wyłącznie pełnego zespolenia Trzech Ja. Naszym zachodnio-wschodnim językiem należałoby uznać go za oświeconego (chćby zajmował się przez całe życie szyciem perfekcyjnych przepasek biodrowych dla Hawajczyków i Hawajek). Tymczasem my - jako niedzielni znawcy huny (no - może trochę przesadziłem), wymagamy od siebie niestworzonych umiejętności szamańskich, pełnej wiedzy psychologicznej, emanowania uczuciem miłości, naprawiania świata i innych umiejętności opisanych w pismach (skuteczna modlitwa zmiany, itd.). Kahuna, dobrze podłączony do swojej intuicji i inspiracji, dobrze sprawia się światu. Świat, w szczególności Zachodu, rzecz jasna jest nieustanną walką o zasoby (niedobór zasobów zniknął wyłącznie w zasadach NLP). Zasobem może być splendor (zwany np. władzą), godziwy partner, wciągający sposób robienia pieniędzy, możliwość rozdawnictwa bezinteresownej (nie licząc uzyskiwanej akceptacji) pomocy, pożądane dobro konsumpcyjne. Kuahuna robi to (walczy) dobrze. Jest osobą zorientowaną na sukces, jego charyzma jest niepodważalna (nigdy nie jest fałszywy z powodu dręczących go wątpliwości), dobry kontakt z Nieświadomością zapewnia mu niezwykłą stabilność psychiczną i należyte zdystansowanie (naprawdę nie ocenia i zawsze ma dobre intencje). Nadświadomość reaguje wtedy nawet na "nieświadome" modlitwy przekazywane przez potężny kompleks pozostających w symbiozie Pozostałych Ja. Tak jak umarł komunizm, a kapitalizm ma się dobrze, tak umarło hooponopono. Prawdziwa natura człowieka została dość dobrze zbadana i opisana. Prawdziwa energia życiowa jest uzyskiwana z osiągnięć - z osiągnięć, które nie łapią się na bajer, że nastąpią tylko dlatego, bo będziemy stosować siedem zasad. Sukcesy następują: - albo w wyniku działania w stanie wyższej nieświadomości (głupoty) - ponieważ Świadomość jako nieświadoma zagrożeń nie blokuje spontanicznych decyzji generowanych przez Nieświadomość, która intuicyjnie znajduje najlepsze rozwiązania; - albo z działania mistrzowskiego, w którym spójność celów Trzech Ja oczywiście wystarcza, aby sprawy się działy po naszej myśli. Nie rozważam, czy dużo daję z siebie innym. Robię swoje, najlepiej jak potrafię. Z żelazną konsekwencją. Obserwuję uważnie odruchy swojego Ciała. Jeśli jest coś nie tak, to się w Nie wsłuchuję, dażę szacunkiem, aż dojdziemy do porozumienia. Naprawdę każdy z nas urodził się inny. Jeden, aby być prezydentem, a inny cieciem. Osiągając dojrzałość i harmonizując Wszystkie Ja dochodzimy do głębi naszego jestestwa. Kolejne cele same się odkrywają. Realizując je mamy napęd, radość i zachwyt. Okazując te zrealizowane wartości otoczeniu, emanując energią przewrotnie rozsiewam ducha miłości, choćbym był np. nieugiętym biznesmenem, który z natury rzeczy robiąc bardzo dobre interesy "zabiera" innym ich potencjał wzrostu, który osiągną znacznie później albo wcale. Na tym polega funkcjonowanie w ramach wypracowanych współcześnie struktur społecznych. Człowiek otępiały w miłości może być albo wypełnionym endorfinami, nie przygotowanym do życia buddystą (szczęśliwy kraj Indie, gdzie setki tysięcy żebraków czeka na powolną śmierć robiąc dokładnie nic), albo - w przeszłości - szczęśliwym prostym Hawajczykiem, który nie walczył specjalnie o zasoby, bo robili to za niego kahuni (teraz walczy, bo kahunów wcięło - tzn. starzy wymierają, a młodzi kandydaci w całości zindoktrynowali się myślokształtami konsumpcji, etc.). Dla mnie huna jest wyłącznie drogą do mistrzowstwa. Jako taka jest bezsprzecznie najlepszą z rozpoznanych dróg i ścieżek. P.S. Słynne zabronione świadome krzywdzenie innych też wymaga przewrotnego komentarza. Zabierając piękną kobietę zakochanemu w niej apsztyfikantowi, który ma tego pecha, że przewyższam go w ten, czy inny sposób - krzywdzę go niezwykle świadomie (a może powinienem w ramach bezinteresownej miłości, aby ta perła została jego żoną, a nie moją). Awansując w pracy - dobrą pracą - jestem absolutnie świadomy, że najgorszego pracownika wyrzucą zamiast mnie - i w odróżnieniu ode mnie będzie miał wielką trudność w znalezieniu nowej, a tu mu dzieci z głodu przymierają, o czym wiem (to może powinienem w ramach .....). Przykłady tego rodzaju - na każdym kroku. Uważam, że propagowanie tego typu ściemniania, a wręcz indoktrynowanie Nas przez Nas zakresie konieczności utrzymywania nieskończonego poziomu etyki i ekologii jest niegodnym nie okazywaniem szacunku dla siebie. Potem Ciało choruje, bo czuje się w malinach (tzn. podświadome poczucia winy), Świadomość się wkurza, doprowadza nas do depresji, obsesji, i innych działań zwanych np. przestępstwami. Droga mistrzowstwa praktycznie jest pozbawiona powyższych zagrożeń. Odkrywając swoje własne wartości i realizując je konsekwentnie i bezkarnie, nabieramy mocy (pewności, siły, wrażliwości) prawdziwie magicznej, mocy świętości - uświęconego przeżycia życia w zachwycie i zgodzie z samym sobą. moje (obecne) wartości: konsekwencja, pewność, siła, mistrzowstwo, wrażliwość, radość, zachwyt każdą chwilą życia kahuna
|
|
Kahuna :) Mylisz troche dwie sciezki "lowcow przygod"(opisywana przez serge'a) i "wojownika"(wlasna wizje) . Być może robisz to inteligentnie, a moze nie, kto cie tam wie :) Tymczasem podstawowe zalozenie przewijajace sie w twojej wypowiedzi, wizja świata to ZYCIE JEST WALKĄ. A to tylko jedna z możliwych metafor...choc bazujac na niej.. MASZ RACJĘ. Bardzo często filozofie miłości to przykrywka dla poczucia bezsilności, strachu, poczucia winy, racjonalizacje własnego powstrzymywania sie od działania. Teraz druga strona medalu ŻYCIE JEST PRZYGODĄ i owa nieskończona etyka i ekologia. Najpierw etyka, moralność i zasady: to źródło mocy (jedno z wielu zresztą). "Duchy pomocnicze" i nasze własne zasady to u źródeł jedno i to samo. Teraz ekologia: Wyższe ja to nie tylko duchowy byt, czy wizja upragnionej przyszłości, ale również nasze otoczenie, i relacje łączące nas z ludźmi. Nie da się "nieekologicznie" osiągnąć połączenia i równowagi trzech ja. Pozory tegoz i owszem, ale będzie to stan nie trwały, ale wymagający odtwarzania - kolejna z wersji "duchowej narkomanii" (choroba dwubiegunowa jesli ktos woli). Ceną za awans i dodatkową forsę, kosztem wylecenia kogoś często jest nadmiar obowiązków utrata zaufania kolegów (a w końcu wylecenie wlasne) . Ceną za poderwanie panny gościa, którego uważa się za frajera - jest brak możliwości poczucia wzajemnej intymności, a w końcu uznanie ciebie za frajera gdy pojawia się ktoś skromniejszy lub atrakcyjniejszy (a nieznane z zasady czasem potrafi być atrakcyjniejsze). Podążanie za ciałem, uzgadnianie - tak - to jedna z dróg charmonizacji trzech ja. Pod warunkiem, że utrzymuje się "przepływ energii"(synonim kontaktu z Wja) od i do ciała , czy pracuje nad jego powiekszaniem. Inaczej to się zmienia w nadużywanie mocy ciała - można wtedy robić rzeczy niezwykłe, ale długofalowe skutki są opłakane... BTW. Zainteresowanym polecam uważne przyjrzenie sie pewnej sutrze (mowie buddy), i zastanowienie się nad nią, te problemy egzystencjalne w podejsciu do duchowosci wystepowaly juz dawno temu :) http://mahajana.net/teksty/sutra_surangama/index.html Pozdrawiam, Piotr Jaczewski
|
|
Bardzo szanuję ścieżkę "łowcy przygód", czyli ścieżkę wygody. Ogólnie rzecz biorą jest ona jedyną sensowną ścieżką biorąc pod uwagę bliski mi światopogląd (pogląd na temat nieśmiertelności) prof. Brodziaka. Walczący o prztrwanie inteligentny Wszechświat, reprodukujący się od Wielkiego Wybuchu do Wielkiego Wybuchu na podstawie naszych "duchów", czyli zastygłych w czasoprzestrzeni powtarzających się śladów naszego życia (deja vu, niezwykłe zbiegi okoliczności, cudowne ocalenia, śmierć bez przyczyny, bycie szczęściarzem albo pechowcem, wrażenie, że droga życia jest wytyczona i choćbyśmy 25 godzin na dobę się nadymali, to dalej nie pojedziemy, niż jedziemy, itd. - to wszystko wskazuje za prawdziwością tej hipotezy będącej wysiłkiem najtęższych naukowców, którzy mają nieco więcej danych kosmologicznych, niż miał ich Budda) . Jeżeli powtarzamy naszą drogę co jakiś czas na podstawie śladów informacyjnych, do których mamy dostęp, to bycie wojownikiem ma dokładnie taki sens, jak bycie Don Kichotem. (Widocznie mało inteligentnie) napisałem raczej traktat o wzrastaniu. Uznaję, że dla większości ludzi (oczywiście za wyjątkiem m.in. naszego Wielkiego Papieża) droga miłości jest korzystna wyłącznie w dzieciństwie oraz na starość. Przeżywając najbardziej aktywne lata naszego życia należy podążać drogą synkretycznego mistrzowstwa, która prowadzi do osiągnięcia stanu świadomego zachwytu nad każdą chwilą życia i każdym zdarzeniem bez konieczności odbierania sprzężenia zwrotnego - potwierdzania naszej wielkości (każdy chce dla siebie dużo znaczyć) reakcją otoczenia na naszą dobroć, miłość, itd. Podążając (moim zdaniem) ścieżką łowcy przygód konsultuję niekiedy życiowe problemy bliskich mi znajomych znajdujących się permanentnie w stanie wysokiego poziomu samorozwoju, etyki, miłości. Jak przychodzi problem (zwykle z kasą), to proponowane przez nich rozwiązania jawią się zwykle jak z innej bajki - bezmyślna bezwzględność i absolutny brak pokory. Rzecz jasna jest to wynik ich bezradności spowodowanej niekompetencją i zamknięciem na dość szeroki wachlarz danych im do przeżycia doświadczeń. Napisałem więc, aby pozostawić odcisk wrażenia dla grupy ponad 1000 inteligentnych ludzi, że jazda po łebkach na polewce z miłości wykończy ich z czasem psychicznie znacznie bardziej, niż osiągnięty w harmonii z Nieświadomoscią stan permanentnej kompetencji - dawca prawdziwej mocy, dystansu i wrażliwości. kahuna
|
|
:) Nie mi oceniać twoją ścieżkę, przecież nic nie wiem o tym jak stosujesz to na co dzień. Chciałem tylko sprowokować lekką dyskusję nt. podejścia do stosowania tego na codzień. I wciąż mam nadzieje że mi sie uda :P Tymczasem zobacz Serge (a ja sie pod tym podpisuje) uzywa metafor miłości komunikacji i doświadczania, zaś w swym traktacie o wzrastaniu uzywasz metafor walki, zdobywania i wladzy . Miłość to nie bierność, lecz całe spektrum zachowań i doświadczeń, od odczuwania, poprzez wyrażanie emocji i troski, po ekstazę i uczucie jedności. Uważanie na sygnały zwrotne, to nie poswiecanie sie zdobywaniu glaskow, ale znow caly zakres rzeczy, od sluchania ciala, poprzez sprawdzanie efektow swoich dzialan, a na utrzymywaniu zgodnosci z wewnetrznymi zasadami kończąc. Ekologia zmian to nie podtrzymywanie homeostazy, ale dbanie o to by zmiana była możliwie dobrowolna i zgodna z naturą otoczenia, nastawienie na komunikację tego co się chce, a nie na wymuszanie. Jeszcze inna sprawa jest to, ze Polskie Towarzystwo Rozwoju Wszelakiego cierpi na chorobę narodową: połączenie dużej dawki autoagresji, krytykanctwa i wyuczonej bezradnosci z chronicznym brakiem czucia ciała i syndromem ostrego niedobzykania (u obu płci), co skutkuje wyraznym przerostem gier towarzyskich ala "patetyczne rozmowy piwne" czy "podryw na duchowosc" nad stosowaniem myslenia w zyciu codziennym. Ale to tylko wskazuje na duzy potencjał zmian..
|
|
Pozwolę sobie pokrążyć po temacie, skoro jeszcze żyje i trafił do transcendentu. Przyjmując założenie, że Bóg rozumiany po polsku istnieje oraz przyjmując założenie, że z pryncypiami nie dyskutujemy - możemy za to poruszać się w obrębie huny. Jak to wtedy jest z tą miłością i sensem życia? Wprawdzie nie zrozumiem w jaki sposób Bóg jest miłością, zwłaszcza że jesteśmy skonstruowani na obraz i podobieństwo Jego, jednakże jazda po łebkach tematu przy braku zrozumienia wygląda u mnie tak: Mamy prawo do przeżycia życia w szczęściu. Szczęściem wierzących obowiązkowo winno być modelowanie Autorytetu czynione na podstawie obowiązujących przekazów. Zatem wszelkie moje wcześniejsze bzdurne dywagacje o samorozwoju, mistrzostwie, pewności, konsekwencji itp. mało tu przystają. Należy bezinteresownie poświęcać się dla innych, nadstawiać drugi policzek (wprawdzie dopiero od 30 roku naszej ery), na zmianę wątpić i wierzyć, modlić się do zewnętrznego Autorytetu o załatwienie swoich spraw jak najczęściej i jak najlepiej, przeżywać silne emocje płynące z nieograniczonego prawa do oceniania innych, itd. Taki układ wydaje mi się niezwykle komfortowy i zajmujący. Życie jest modelowo ułożone: zawsze winni są albo "oni", albo Szatan wyzwalający we mnie słabość. Rozsiewanie przez kogoś ducha miłości bez jednoczesnego fanatyzmu religijnego wyzwala z niewiadomych powodów moją agresję. Podobnie - dostrzeżenie, że ktoś jest szczęśliwy, a nie chodzi do kościoła; dostrzeżenie, że jest człowiekiem sukcesu - w najlepszym przypadku nieetyczny kombinator, bo nie nastawił drugiego policzka. Agresja, zawiść, bezkompromisowość to cechy ogólnoludzkie i zarazem boskie (zostalismy specjalnie stworzeni słabi, aby móc przejść drogą cierniową czerpiąc z tego przejścia swoją wartość dla potrzeb zbawienia), ujawniające się jako pierwotna natura naszego NJ. Religia pozwala się tym cechom ładnie rozwijać i dawać z życia z religią głęboką satysfakcję. Czytając narzekania wierzących forumowiczów, że czegoś im brak i czegoś jeszcze szukają (jakiej prawdy?) - zupełnie ich nie rozumiem. Huna w miarę współczesna usiłuje zasymilować się z naszym Bogiem (tzw. "Niewypowiedzianym" - Susan Wiegiel - "Przesłanie kahunów"). Przekaz asymilacyjny jest kapitalny - podważa u mnie fundamenty niewiary. Pozostawiając bez komentarza wszelkie mądre i głębokie myśli zrodzone w wyniku tej asymilacji, przedstawię mój osobisty wniosek, powstały wyłącznie dzięki hunie, która stworzyła u mnie dla mnie właściwy dystans do poruszonych spraw: Świat niezmiennie i dostatecznie często zachowuje się zgodnie z przesłaniem Boga: cierpienie jest darem, dzięki któremu szczególnie mocno i zasłużenie pójdziemy do nieba. Życie w cierpieniu jest szczęściem, do którego winniśmy dążyć i pokochać. Wszelkie inne pomysły na temat szczęścia, miłości i wagi innych spraw psują nam w głowie jako niezgodne z doktryną - zatem prowadzą nas do nowego cierpienia. Tak to z tą miłością i szczęściem w transcendencie jest kahuna
|