Autor: Lambar, Opublikowany: 30.06.2009, 01:14:26:
(ID: 2031)
Kiedyś pracowałem z pewnym panem, który często dawał upust swoim emocjom poprzez rzucanie słownym mięsem. I to z byle powodu rzucał mięsem. Ktoś mógł zbyt wolno ruszyć samochodem spod świateł i już słyszałem: kuuuuur......!
Całkiem niedawno dowiedziałem się, że pan ten miał wylew. Kilka lat emocjonalnego zadręczania się znalazło wyjście. To może skrajny przykład, ale blisko spokrewniony, więc podałem dla lepszego zrozumienia tego, co mam do przekazania.
Fakt, że powiedzenie "pierd... to, pier... jego, ich, cały świat i inne takie"
to może przynieść rozładowanie, ale to wg mnie jest półśrodek. To jest chwilowe. I to niesie pewne zagrożenie, zbyt łatwo trzyma na krawędzi naszej bolączki, tego źródła z którego wypływa nasze cierpienie (złość, smutek, żal i inne takie).
Rzucając mięsem możemy mocniej o nim myśleć.
Ale wszystko oczywiście zależy od ludka, a nóż widelec dla kogoś wyjdzie na zdrowie takie odświętne porzucanie. Może wtedy to będzie i dobry sposób rozładowania.
Jednak wg mnie jest znacznie lepsza metoda działania. Taka wręcz boska, a ta z rzucaniem mięsem jest ziemska, robacza, czy jak to tam nazwać. Oczywiście nie ujmując robakom Dawno temu, gdy po raz pierwszy przeczytałem o błogosławieństwie, gdy po raz pierwszy zacząłem zastanawiać się nad tym, to właśnie było w hunowych artykułach.
Wtedy moje podejście było bardziej jako takiego konkwistadora, takiego, że trzeba działać nagarniając do siebie. Z tego też powodu ni w ząb nie pasowało mi to pisanie o błogosławieństwach. To jakieś takie enigmatyczne było, ogólnikowe, takie jakby na siłę nadymane i inne takie.
Teraz chylę czoło i me serce tym, którzy rozprzestrzeniają te idee po świecie.
Potrzebowałem wielu lat, pewnie jakieś z 10 się nazbiera, żeby kiełek się rozwinął, wyrósł, a teraz pączkuje. I chyba jakiś kwiatek już widać. Ale czas pokaże co to za gatunek
Przechodząc do rzeczy, błogosławieństwo jest tak jak napisałem w tym robaczym porównaniu niebiańską techniką. Ono w sobie zawiera prócz uznania, prócz uwolnienia i wzmocnienia dobra, to zawiera przebaczenie i akceptację.
A więc wzmacniamy dobro, wzmacniamy to co chcemy aby też było naszym udziałem w życiu, i nie ważne czy osobiście mam tego doznawać czy tylko jako obserwator (posiadać auto czy też patrzeć jak ktoś się cieszy ze swojego wozu i tą radość rozprzestrzenia, sieje ją dalej).
I prócz tego Dobra to błogosławieństwo uzdrawia i rozładowuje napięcia.
Mogę komuś kto zajechał mi drogę rzucić: a pierd... cię, i zazwyczaj ludzkim zwyczajem mógłbym dodać jeszcze: ty taki i owaki.
I już sobie kuku zrobiłem, co z tego że się rozładowałem skoro wzmocniłem w sobie przeciwieństwo Dobra?
Huna ładnie pokazuje, że takie doświadczenie to tylko sprawi, że będę miał więcej okazji do spotkań z takimi i owakimi co mi drogę zajeżdżają, no i oczywiście więcej okazji do rozładowywania napięcia poprzez rzucenie mięsem
A teraz odwracając całą sytuację, po tym jak mi ktoś zajechał drogę, bezprawnie i może jeszcze celowo na dodatek to zrobił, to puszczam takiemu komuś błogosławieństwo. To może być cokolwiek co wyzwoli to Dobro. Mogę życzyć jemu dobrej drogi. Może spokojnej drogi, bo może jakiś był zdenerwowany? A może być smutny, to mu życzę radości, która ogranie jego serce.
Ale: nie ważne jaki jest, jaki był, nie ważne czemu zajechał, nie ważne co mogłoby się stać. To wszystko można powiedzieć: pierd... (o! znalazłem zastosowanie dla myśli przewodniej tego artykułu! )
Ja po prostu wyzwalam w sobie same błogosławieństwo zamiast doszukiwać się czemu, co, jak, z jakiego powodu, co by było gdyby, a kto to, czy go znam... Nic nie jest istotne w tym momencie prócz jednego: błogosławieństwa.
I co się dzieje?
Cuda wianki na kiju
dyrydiru (to tak dla rymu, bo chyba przynudzam za długo )
Nie nakręca się spirala agresji, która to potem jak fale rozchodzi się dalej za naszym pośrednictwem, my jesteśmy nośnikiem tych fal. Po takich różnych nerwówkach człowiek jest naładowany i tą agresję, tą złość dalej rozprzestrzenia.
A tak fik mik i sprawa jest załatwiona.
I mało tego, skupiłem się na czymś dobrym, uwolniłem nasionka, które wyrosną w moim życiu i sprawią mi radość. Będą one budulcem satysfakcji, radości, spokoju, spełnienia, powodzenia etc.
A uzdrawiająca moc bierze się także stąd, że wrogowi nie można życzyć dobra. Czyli aby pobłogosławić kogoś lub coś, musimy dostrzec w nim/tym dobro. A to dzieje się automatycznie i niezauważalnie. Takie czary mary wręcz
Warto zrobić test i wdrożyć w życie, choćby na jeden dzień.
Cokolwiek przykrego/niechcianego/wkurzającego nas spotka, to błogosławmy powodowi tych wydarzeń.
A jak na początku jest ciężko jakoś?
No bo nawet jak już takiemu delikwentowi co mi zajechał puszczę dobre życzenia, ale po chwili wraca do mnie wnerwienie na niego to co zrobić?
Można:
1. dalej błogosławić (w końcu zaleje nas inna fala, która zakryje tą niechcianą)
2. przejść na błogosławieństwo czego innego, przykładowo można drzewo piękne dostrzec i puścić mu trochę komplementów, można jakieś ładne nogi czy wąsy na ulicy zobaczyć też jest niezliczona ilość podmiotów do wyrażenia uznania/zachwytu, do wyrażenia dobrych życzeń, do napełnienia się radością na ich widok.
to proste acz niesamowicie skuteczne, wręcz powalająco,
słów mi brak aby móc oddać piękno i zalety tego postępowania
Autor: Eli, Opublikowany: 30.06.2009, 17:16:50:
(ID: 2035)
Słusznie prawisz Lambarze, ja już też testuję błogosławienie i rzeczywiście działa. Trochę czasu wymaga zamiana starych wzorców na nowy, więc na razie bywają górki i dołki, ale widzę, że to działa :)
A artykuł zamieściłam, bo moim zdaniem dodana do "pie..ć to" idea jest hunowa- czyli ktoś miał przebłysk pomysłu, tylko może sama metoda nie najlepsza. Tez zazwyczaj kojarzy mi się "p.." z "w sumie to jestem bezradny, nie chcę już o tym myśleć" i jest to nakręcanie. A tu ktoś sobie wykombinował - daje sobie luz, i tak jest ok, jestem tu i teraz. Tylko rzeczywiście ni w ząb wydaje mi się, że przekleństwo nie przystaje do tej dobrej idei. Ale myślę, że dla niektórych może to być dobry krok wyjścia, bo na początku, chyba każdy jak czyta "świat jest taki jak myślisz" to zaraz mu się włącza "akurat!" . Taka mała ciekawostka.
A na pewno najlepiej łączyć zasady ze sobą czyli m.in. z Aloha :)
Autor: Lambar, Opublikowany: 30.06.2009, 20:37:36:
(ID: 2038)
Ano może i czasami to pomaga, ale nie powinno to być rutyną, nie powinno być jedynym rozwiązaniem.
To po prostu taka chwilowa pomoc dla kogoś, kto się nie zakotwiczył w wyższych wibracjach. Wtedy rzucenie mięsem pewnikiem może przynieść odcięcie się od zżerającego nas tematu. I można wtedy zrobić krok dalej.
To takie wchodzenie po drabinie emocji. O tym pięknie jest napisane w "Proś a będzie ci dane" państwa Hicks'ów.
Czyli działamy aby stopniowo podwyższać swoje "wibracje", inaczej mówiąc stan emocjonalny. Dzięki takiemu świadomemu działaniu można szybciej z dołka wyjść. Bo ciężko raczej wyskoczyć z doła na wyżyny spokoju i przepełniającej radości. Znacznie łatwiej jest z apatii przejść w złość, potem w poddenerwowanie etc.
Tych emocjonalnych stopni jest wiele, ale to nie ma znaczenia jak to nazwiemy, jak to podzielimy.
Ważne jest aby działać w stronę wyrażania pozytywów. A błogosławieństwo jest najpotężniejszym narzędziem w tym temacie.
Tak dla przypomnienia, błogosławieństwo to:
- dziękowanie, bycie wdzięcznym za kogoś, coś
- dostrzeganie dobra w ludziach, rzeczach, sytuacjach
- podziwianie, zauroczenie obojętnie kogo i czego (to tak wynika z poprzedniego myślnika)
- życzenie wszelkiej pomyślności, obojętnie czego, ważne aby życzenie wyrażało dobro