 |
 |
Cudeńka
Ten blog należy do użytkownika: Zeb12.
Strona główna blogu
Kategorie
» Pokaż wszystkie
» Zebologia (22)
» Z przymrużeniem oka (14)
» Kto tu rządzi - tłumaczenie (2)
» Kochane Żonki (3)
» Huna a rak (21)
» Ho'oponopono (14)
» Harmonia w relacjach z innymi (14)
» Długaśne wpisy (12)
» Czy to jeszcze huna? (2)
Księga gości
Jeśli chcesz, możesz dodać wpis: Księga gości.
Kanał RSS
 Jeśli chcesz dodać ten blog jako kanał do Twojego czytnika RSS, kliknij na logotyp:
Wszystkie blogi
Odwiedź pozostałe blogi lub załóż swój własny!
...wszystkie blogi
nowszy wpis | starszy wpis
Zaklęta magia choroby - jak się od niej uwolnić? |
Opublikowany: 19.06.2009, 00:50:21,
Kategoria:
bez kategorii
Bóg jest największą siłą we wszechświecie. Z Bogiem wszystko jest możliwe.
Po jakimś czasie stosowania tych praw i przyglądaniu się życiu, dochodzi się do kolejnego wniosku, że tak naprawdę to Bóg jest... jedyną siłą we wszechświecie, jaka istnieje. Nie ma dla niej przeciwieństwa, nie ma żadnej innej siły. No ale to jest odkrycie, które przychodzi potem.
Wnioski są z niego takie na przykład, że choroba ma nad nami tylko taką moc, jaką jej daliśmy my sami. Choroba to nasza własna moc zwrócona w celu zniszczenia nas, dopieczenia, ukarania za coś albo załatwienia jakiejś sprawy na okrętkę. Choroba to dowód naszej potęgi. Bardzo mało przyjemny, ale jednak dowód.
Bardzo często choroba jest wyrazem naszej chęci by w końcu odpocząć od życia.
Dlatego bardzo ważne jest, by nie chcieć wracać do życia takiego samego, jakie ono było wcześniej, przed chorobą. Jeśli taki będziemy mieć plan to choroba nie odejdzie, bo przecież ona jest właśnie ucieczką od tamtego życia. Nie ma wyjścia, trzeba zacząć nowe życie, po nowemu. I najlepsze jest to, że wewnętrznie często czujemy, jak to nowe życie ma wyglądać, czym ma się różnić od poprzedniego.
I to wygląda podobnie u wielu osób - nowe życie ma być pełne miłości do siebie, której wcześniej brakowało. Ma być zrównoważone, bez pogoni, praca i odpoczynek, obowiązki i przyjemność, wszystko w równowadze i harmonii.
Jeśli poprzez zgłębianie własnego wnętrza uda nam się dotrzeć do tego miejsca w sobie, gdzie daliśmy moc chorobie, to wtedy zyskujemy wiedzę, jak tę moc chorobie odebrać. Wtedy widzimy i czujemy, że choroba jest w istocie naszą decyzją, jest narzędziem za pomocą którego realizujemy jakieś cele. Zazwyczaj te cele są spychane do podświadomości, bo się ich boimy, wstydzimy, nie akceptujemy, itp. Bo ddyby nie były zepchnięte to byśmi je zrealizowali normalnie, a nie chorobą. Gdybyśmy mieli odwagę pójść do szefa i ustalić nowe warunki pracy, że chcemy pracować lżej, krócej, w miejszym stresie, to nie potrzebowalibyśmy zachorować, żeby pójść na zwolnienie by od pracy odpocząć. Ale że się boimy tego zrobić to załatwiamy tę sprawę udzielając swej mocy chorobie. Wszystko fajnie, tylko że czasem nasza kreacja przeraża nas. Widzimy chorobę, czujemy ją, poznajemy opinie lekarzy o tej chorobie, czytamy statystyki, i to wszystko przeraża nas do tego stopnia, że w stresie zapominamy, że ta choroba jest decyzją, podświadomą ale decyzją. Zapominamy, że choroba zrodziła się z naszych myśli, emocji i zachowań. I w efekcie zapominamy, że decyzję tę możemy zmienić, odwołać. Zapominamy, że tak, jak w głębi ducha chorobę przywołaliśmy, i ona przyszła, tak samo możemy z tego samego miejsca w duchu chorobie rozkazać, by odeszła, a ona odejdzie. Nie jest nawet istotne co to za choroba, bo rodzaj choroby dobieramy sami sobie odpowiednio do naszych celów wcześniej.
To dlatego w przypadku raka medytacje i modlitwy są tak skuteczne, choć mało stosowane niestety.
W medytacji i w modlitwie jesteśmy w stanie dotrzeć do miejsca, w którym nasz duch podejmuje decyzje co do tego, co ma być wykreowane w naszym życiu. W medytacji i modlitwie jesteśmy w stanie dotrzeć do miejsca, gdzie podjęta została decyzja 'choruję' i gdzie nasza moc została przelana na chorobę. W tym miejscu odwołujemy tę decyzję, i naszą moc wlewamy w 'zdrowieję'.
Gdy zapomnimy odebrać całą moc chorobie albo nie uda nam się tego zrobić, to wtedy jest mowa o walce o zdrowie (częste przy raku). Wtedy część mocy, którą wcześniej daliśmy chorobie, stawia opór tej mocy, którą potem wlaliśmy w 'zdrowieję'.
Wspaniałym przykładem na moc tego mechanizmu jest Ian Gawler, często przeze mnie przywoływany. Ten ludek zachorował tak ciężko na raka, że lekarze nie dawali mu żadnych szans i tylko dwa tygodnie życia! Szok. Facet zmobilizował wszystkie siły i nauczył się u profesjonalnego nauczyciela medytacji, po czym z miejsca zaczął medytować przynajmniej 4-5 godzin dziennie. Ten stan był dla niego tak przyjemny, że wchodził w niego kiedy tylko mógł i nie rzadko medytował po 8 i więcej godzin.
Lekarze byli zaskoczeni stanem Iana, widzieli go rozluźnionego, uśmiechniętego. Przypisywali to tzw. zobojętnieniu przedśmiertnemu, czyli rodzaju psychicznego odchodzenia z tego świata obserwowanego często u terminalnie chorych. Tymczasem po dwóch tygodniach Ian żył nadal, a jego stan zaczął się z dnia na dzień polepszać! Teraz żyje i szaleje, w pozytywnym sensie. Ma fundację, wspiera ludzi w walce z rakiem przekazując im to, czego sam dokonał, będąc żywym dowodem na skuteczność.
Przy takim docieraniu do miejsca w duszy, gdzie można anulować decyzję o chorobie i wycofać swą moc z choroby, główną przeszkodą jest lęk. Lęk przed chorobą jest jawnym zasilaniem swą mocą właśnie choroby. Na dodatek lęk jest wyrazem przekonania, że nie wierzymy w to, że choroba jest naszą decyzją, którą możemy zmienić. Lęk jest dowodem na to, że wierzymy, iż choroba jest niezależna od nas, przypadkowa, wredna i zesłana przez zewnętrzny zły świat. Lęk powoduje stres i odcina od ducha. Gdy jest lęk trudno wejść w kontakt ze swoim duchem by dotrzeć do miejsca, gdzie można odwołać decyzję o chorobie. To dlatego medytacja i modlitwa, jako metody na uwolnienie się od lęku są w takiej sytuacji bardzo skuteczne. I co ważne - tutaj nie pomogą żadne lekarstwa, zabiegi, tutaj działa jedynie samodzielna medytacja i modlitwa, by emocje się uspokoiły, stres odszedł.
A jeśli już medytujemy i modlimy się to po czym poznać, że odwołaliśmy naszą decyzję o chorobie? Przede wszystkim nasz lęk przed chorobą albo znika zupełnie albo staje się maleńki. Do tego fizycznie przybywa nam energii - to po prostu moc, którą zainwestowaliśmy w chorobę, która działała przeciw nam, teraz zaczyna działać na naszą korzyść. A skoro choroba już nie ma mocy to zaczyna wolniej lub szybciej ustępować, a nam przybywa radości, energii i entuzjazmu, samo z siebie, zdawać by się mogło, że bez powodu.
Ot czysta huna, cała moc pochodzi z wnętrza, a nam pozostaje tylko tą mocą świadomie kierować i przestać wierzyć w zewnętrzne siły, zwłaszcza w zewnętrznego Boga, który zsyła cierpienie. Żaden taki Bóg nie istnieje. Bóg, który jest, to niewyobrażalna istota, która nas stworzyła i wypełniła swoją mocą. Ta Boża moc, która podtrzymuje nasze życie jest całkowicie do naszej dyspozycji i mamy wolną wolę co z nią robimy. Chcemy stwarzać cierpienie? W porządku, potężna moc od naszego Ojca i wolna wola w dysponowaniu nią pozwalają nam samemu się krzywdzić i karać chorobą. Możemy winę zwalać na zewnętrzne sytuacje, na bakterie, na zanieczyszczenie środowiska, ale wytrawny badacz i obserwator po jakimś czasie odkryje, że to nie o to chodzi. Że nie każdy choruje mimo tych samych bakterii, tego samego zanieczyszczonego środowiska, że musi być jakiś inny czynnik, który decyduje.
Niech Moc będzie z Wami i całkowicie do Waszej dyspozycji i usług.
Zresztą, co ja gadam, przecież tak właśnie jest i bez moich życzeń
No ale przypominania prawdy nigdy nie dość.
Liczba wyświetleń: 737
nowszy wpis | starszy wpis
Komentarze do tego wpisu |
- Autor: Lambar, Opublikowany: 19.06.2009, 09:42:02:
(ID: 2006)
Dzięki Zebie za piękny przypominacz, że jesteśmy w swej istocie doskonałymi dziećmi Boga i dysponujemy tą samą mocą co OjciecMatka. Lecz nasze Źródło zezwala nam robić z tą mocą co tylko chcemy, ponosząc za to konsekwencję. Mamy ze wszech miar prawo do samoograniczania się.
To pewnie wynika z pogubienia się, to że się ograniczamy, to niekiepski masochizm. Wtedy mocy poszukujemy na zewnątrz, w ten sposób oddając ją tam gdzieś hen przeróżnym osobom/sprawom/wydarzeniom/chorobom/pomnikom i innym takim, zamiast zwrócić się do prawdziwego źródła.
Poprzez medytację i modlitwę to pogubienie się ustępuje i świadomość wraca do źródła.
Widzę po sobie jakie mam przypadłości aby poszukiwać "tego czegoś". Czyli ogólnie - źródła. To jest chorobliwie popaprane skrzywienie mojej jaźni. Mimo że co rusz jestem obsypywany cudami to ciągnę do świata zewnętrznego. Ciągnę w sensie, że uzależniam się od spraw na zewnątrz mnie. Dobrym przykładem jest odczuwanie Dobra, czyli tej spokojności, radości która jest jak wolny strumień co brzegi rwie. Piszę o tym stanie wnętrza, który można określić jako "zintegrowany" z Duchem.
I człek co rusz wynajduje metody, odkłada w czasie działania, modyfikuje, cuduje wręcz, zamiast poprostu wyrazić ten stan, przywołać go i już.
Tak jak z medytacją i z modlitwą, która dla mnie jest rozmową z boskością - do tego nie potrzeba specjalnego czasu ani miejsc. Ale człowiek ogranicza się: że trzeba w kościele się modlić, że są lepsze i gorsze modlitwy, że trzeba specjalnie się nastwić, że oczyścić się trzeba, a że do medytacji to musi być specjalna pora, spokój, nikt mi nie może przeszkadzać, nikogo nie może być w okolicy i inne takie.
A tymczasem można i medytować i modlić się wszędzie i w każdych warunkach. To ja nadaję moc zewnętrznym czynnikom.
Podobnie jest z uzależnianiem się od szczęścia. Żeby być szczęśliwym wystarczy sam taki nakaz, sam wybór tego. Tymczasem człowiek jest uzależniony od świata zewnętrznego mocniej niż stary narkoman od heroiny.
Człowiek uzależnia odczuwanie szczęścia od tego czy spełnią się jego oczekiwania, a że ktoś postąpi tak jak chcę, że zdobędę określone dobra materialne - praca, auta i inne takie.
I co się okazuje po zdobyciu? Człek jest szczęśliwy, czasami mało w portki nie narżnie, ale to trwa krótko, a potem dalej hen znowu stan napięcia, znowu uczucie braku, niedosytu i pogoń za kolejnym celem który ma dać mi szczęście.
A gdzie szczęście mieszka? Jak mogę wyzwolić szczęście?
Dziękuję za radość! Teraz odczuwam radość, radość mnie przepełnia, dziękuję!
- Autor: Eli, Opublikowany: 19.06.2009, 10:00:57:
(ID: 2007)
Ja głosuję za tym żeby ten post i "Jak uwolnić umysł od skupiania na Niechcianym" Zeb wrzucił do artykułów coby te mądrości trwale mogły wszystkich cieszyć :)
- Autor: Lambar, Opublikowany: 19.06.2009, 23:19:59:
(ID: 2008)
a ja tam bym wszystkie dłuższe wypowiedzi Zebalowców do artykułów zapodał
- Autor: zwiebelchen, Opublikowany: 23.06.2009, 21:43:50:
(ID: 2013)
dzięki Zeb za ten tekst. bardzo mi się przydał dziś. ach, gdybym tylko wiedziała, dlaczego się skaleczyłam w nogę i to tak okrutnie, że jestem na antybiotyku...
- Autor: Zeb12, Opublikowany: 24.06.2009, 14:45:39:
(ID: 2015)
Zwiebelchen,
proces wybaczania Ho opono pono jest moim zdaniem doskonałym narzędziem w sytuacjach, gdy nie wiadomo o co chodzi, dlaczego coś się wydarzyło, a chcemy uzdrowienia.
Moim zdaniem, jeśli dla małych przykrych zdarzeń, jak małe choróbki, skaleczenia, poparzenia, uderzenie się, itp. mimo stosowania różnych zabiegów nie ma efektów, albo też efekty są tymczasowe tylko albo też zdarzenie uparcie powraca, w tej samej czy podobnej formie, to sprawa jest prosta: uparcie trzymamy w sobie przyczynę tego krzywdzenia się, a na dodatek nie przyjmujemy do wiadomości, że tę przyczynę należy puścić. Ta przyczyna to jest coś, co siedzi głęboko w podświadomości tak, że praktycznie nie sposób do tego dotrzeć. Albo zupełnie odwrotnie - na zasadzie że najciemniej pod latarnią - jest to coś, co uznajemy za oczywistą oczywistość, za część swojej istoty, za prawdę o sobie czy o świecie, i za żadne skarby nie chcemy uznać, że to jest coś szkodliwego, jakaś bzdurka, której należy się pozbyć albo zmienić.
Przykładowo, ktoś może lubić jakieś małe zajęcia, na przykład taniec, i sobie chodzi na kółko taneczne. Niestety, to powoduje, że nie może czasu zajętego tańcem poświęcić na inne zajęcie, które jest zgodne z jego Drogą Życiową czy też Powołaniem. Wtedy dusza będzie się domagać uwagi, będzie krzyczeć 'przestań to robić!'. Dusza będzie chciała skierować nas na inne tory po to, byśmy zajęli się czymś, co jest dla nas lepsze. Coś, o czym możemy zupełnie nie wiedzieć, że jest przyjemniejsze, wspanialsze i cudowniejsze niż to, czego się tak uparcie trzymamy. Niech to będzie taniec na kółku tanecznym. Krzyk duszy objawi się tym, że zrobimy sobie krzywdę, malutką, która uniemożliwi tańczenie. Jak nie posłuchamy sygnału i po wyzdrowieniu wrócimy do tańca, to Krzyk duszy objawi się większą krzywdą. I tak dalej, a jeśli będziemy nadal uparci to wyrządzimy sobie krzywdę, która nam uniemożliwi taniec na dobre...
Człowiek powinien być otwarty i elastyczny jeśli chodzi o swoje przekonania na temat siebie, życia. Powinien być gotów zmieniać je, weryfikować, odrzucać stare, przyjmować nowe. Mamy jednak niestety tendencję do zatrzaskiwania się w swoim małym światku, który naszym zdaniem jest dla nas dobry. A to bzdurka! Z lęku przed zmianami (do którego za cholerę się nie przyznamy) budujemy sobie własny hermetyczny światek, w którym wszystko ma wyglądać tak jak nam się wyobraża, i niech ręka Boska broni by cokolwiek się zmieniło. W ten sposób chcemy się poczuć bezpieczni, chcemy by nasze życie biegło spokojnie, bez niespodzianek, przewidywalnie, miło i przyjemnie. Chcemy odgonić wszystko, co mogło by tę miłą stagnację zburzyć.
Tymczasem naszym przeznaczeniem jest ROZWÓJ. A rozwój polega na zmianach. Często musi odejść to co stare, ulubione, ukochane, znane i wygodne, by przyszło nowe. Takie nowe, którego nie znamy i dlatego się go boimy. Nowe, które jest wspanialsze od czegokolwiek co doświadczyliśmy. Ale że tego Nowego nie znamy to go nie chcemy.
No ale Dusza wie, co dla nas dobre, im bardziej się obstawimy murem i budowaniem życia-po-swojemu, tym bardziej Dusza będzie się do nas dobijać by nas obudzić. Najpierw nas połaskocze, potem da nam kuksańca, potem kopniaka, potem pałą walnie w łeb aż guz urośnie, a jak nadal będziemy utrzymywać status quo i opierać się zmianom, to weźmie bombę i rozwali kompletnie te mury, którymi się obudowaliśmy. To będzie bolesne ale to jedyna droga byśmy się mogli dalej rozwijać, zamiast spać w swoim światku, o którym myślimy, że jest dla nas najlepszy.
A to nie prawda! Nigdy nie wiemy, co jest dla nas dobre. Nigdy! Choćbyśmy byli święcie przekonani, że wiemy, to niestety, to tylko nasze wyobrażenie, ograniczające i bazujące na przeszłości. Pochodzące z przestraszonego ego, które chce wiedzieć, rozumieć, znać, stawiać opór zmianom.
A co gdyby uznać, że nic o sobie nie wiemy? Że nawet nie wiemy dokładnie kim jesteśmy, sądzimy, że ciałem, a to jedna wielka bzdura? Co gdyby uznać, że to, co sądzimy, że jest dla nas dobre, co dał nam los i się okazało wspaniałe, jest już przeszłością, a przyszłość niesie nowe-wspaniałe-choć-nieznane?
To, że wczoraj los dał nam ołówek a dzisiaj nauczyliśmy się nim świetnie rysować nie znaczy, że mamy się uparcie trzymać ołówka, że jutro też będziemy rysować. Tu i teraz jest nam z ołówkiem wygodnie, ale być może potrzebujemy odrzucić ołówek po to, by przyszły do nas pędzle i farby? Byśmy mogli nauczyć się malować, bo to jest nasze Powołanie? A może nie? Może jak dostaniemy farby i nauczymy się malować to będzie też trzeba to zostawić, bo naszym Powołaniem będzie uczenie innych jak malować? To będzie coś, co da nam głęboką i pełną satysfakcję?
W sytuacjach, gdy dzieje mi się jakaś krzywda, duża albo mała, stosuję Ho opono pono. W prostej wersji PRZEPRASZAM PROSZĘ WYBACZ MI DZIĘKUJĘ KOCHAM CIĘ. Najczęściej nie wiem, dlaczego dana krzywda się przydarzyła. Szczęśliwie - wcale nie muszę tego wiedzieć. Ho opono pono jest prośbą do Wyższego Ja by przyczynę krzywdy usunąć z mego umysłu. Czasem potrzebuję sobie tę przyczynę uświadomić przed wymazaniem, czasem (częściej w istocie) nie. Potrzebna jest otwartość i akceptacja Zmian w życiu. Choć do dziś byłem piekarzem, to prosząc Wyższe Ja o pomoc i uwolnienie od krzywdy, muszę być gotowy, że być może potrzebuję porzucić piekarstwo i zostać kierowcą i zwiedzać świat? A jeśli tego nie zrobię, będę dostawał od Wyższe Ja po łbie z tego prostego powodu, że stawiam opór życiu. Że się uparcie czepiłem wyobrażenia o sobie 'jestem piekarzem' a to wcale nie prawda, to małe złudzenie, które daje mi b ezpieczeństwo, ale jest ograniczające i musi odejść.
Modlitwa Ho opono pono wspaniale działa, bo w ten czy inny sposób dowiadujemy się, co potrzebujemy odrzucić z siebie. Jeśli jest to coś siedzące głęboko w podświadomości, to WJa może to wymazać na nasze życzenie bez naszego udziału, bez uświadamiania co to takiego. W innej sytuacji, jeśli coś uparcie świadomie blokujemy, potrzebujemy się dowiedzieć od Wyższego Ja co to takiego. Małe krzywdy mogą takiemu uświadomieniu służyć, zwłaszcza jeśli wiążą się z jakimś powtarzającym się wzorcem.
Oczywiście naukę od WJa możemy odbierać bez krzywdzenia, poprzez system nagród, ale to wymaga naszej otwartości, elastyczności, gotowości do zmieniania siebie na najgłębszym poziomie. Jeśli jednak stawiamy opór życiu i zmianom, ból i krzywdzenie siebie bywa jedynym narzędziem, które jest w stanie do nas dotrzeć i nas obudzić. Bez tego zapętlimy się i utożsamimy z naszymi małymi rolami, które pełnimy w życiu, zamykając sobie drogę do prawdy o sobie i odkrycia tego, kim jesteśmy na prawdę.
- Autor: Eli, Opublikowany: 24.06.2009, 17:42:47:
(ID: 2016)
Zebie piszesz swietnie i co najbardziej mi sie podoba kazdy twoj post pobudza do myslenia :) Az nie wiem od czego zaczac;)
1) kwestia- mnie tez zastnawiało JAK dokładnie to zrobić, Zwiebelchen poruszylo co i mnie nurtowalo. Ale co tym bardziej ciekawe bardzo ucieszylam sie czytajac ten Twoj artykuł, niedawno ogladalam filmiki Serga o natychmiastowym uzdrawianiu i ..- masz babo placek, mogłam testowac :P Na szczescie nie trapi mnie nic powaznego ale moja glowa pokazała mi jak moze bolec i jeszcze pare przyjemnosci. Coz ciekawa obserwacja- ból zarąbiście osadza nas w "tu i teraz" :] No i moze wewnetrznie gdzies tam udało mi się pomyslec, ze Duch i tak jest ze mna . Ale w sumie strasznie ciezko skupic sie na boskosci i w ogole mysleniu jak stajemy sie bolem, a on tak hop-siup nie znika jak na chwile poczuje Łączność. Nadal, więc jestem ciekawa jak Ci się udawało z serca modlić kiedy ciało skupia na sobie niemal cała uwagę?
2)Pytanie- czy nasze WJ ma dla nas gotową ścieżkę, która musimy przejść? Bo to trochę taka karma. ?Czy nie można przebąkać życia stojąc w miejscu? I tu to co nurtuje mnie najbardziej- to kto tu w końcu w tej triadzie rzadzi? Skoro świat jest taki jak myślę to czemu nie mogę pragnąć być kowalem jak całe pokolenia w mojej rodzinie?
Mnie się nasuwa taka odpowiedź na moje pytania- że jest kilka etapów naszego rozwoju, w których kolejne nasze elementy muszą się czegoś nauczyć. Pierwszy to dzieciństwo. Otrzymujemy zbiór gotowych wartości i zasad. Nasze Ku działa samo, nie mamy jeszcze świadomego umysłu i bierzemy to co dostaniemy. I choć teraz często na to pomstujemy, na te różne destruktywne przekonania to one stały się bazą, która pozwoliła w ogóle funkcjonować nam w grze jaką jest życie. Bo gdybyśmy nie dostali żadnych zasad tylko od razu wiedzieli, że możemy ruszać pionkami po całej planszy to po co w ogóle grac? Nasz racjonalny umysł rozwija się stopniowo bo właśnie zasad jest wiele i różnych i ktoś jednak musi z nimi zrobić porządek. I w końcu możemy zakwestionować stare koncepcje i wybrać nowe na życie. Ale najpierw musimy mieć poczucie, że jesteśmy "Jacyś", jesteśmy "kimś" i wierzymy w "coś". Kryzys tego Jacy i kim jesteśmy przeżywamy w wieku dojrzewania. I tu właśnie pełne dowodzenie zaczyna przejmować nasze Średnie Ja. Już nie mama, tata, szkoła ale ja wybieram Jaki, Co itd. I tego operowania wolną wolą i tym, że to my odpowiadamy za siebie też się uczymy stopniowo. Że musimy wybierać i działać, że zbieramy plony tego co zasiejemy.
A myślę, że dopiero potem jest kolejne zakwestionowanie, czyli to o którym piszesz- jak wiem, że odpowiadam za siebie, wiem jak działać w tej grze, ale najlepsze sposoby na ta zabawę zna moje WJ. I uczę się ufności. I puszczenia. Tak jak kiedyś trzeba było puścić zasady, tak teraz puszczam potrzebę kontroli. Ale mnie się wydaje, patrząc ze swojego, młodszego punktu widzenia, że ten poprzedni etap też jest potrzebny, że owszem pragnę wierzyć swojemu WJ, ale muszę też zyskac pewność, że działania mojego Średniego Ja mają skutki. . Nie mówię, że wcześniej Wj nie ma mieć udziału, ale niejako po przejściu tej drogi zyskujemy coś nowego, a nie rodzimy się od razu jako samo WJ.
Uff może zamieszałam, ale mam nadzieję, że jednak wiadomo o co chodzi
- Autor: Zeb12, Opublikowany: 25.06.2009, 11:45:46:
(ID: 2021)
Hej Eli!
zacznę od tematu nr 2.
Czy WJa ma dla nas gotową ścieżkę? Karma? Przeznaczenie? Przypadek? Wolna wola?
To są pytania stare jak świat i szczęśliwie różni Mistrzowie pozostawiali przez wieki wiele wiedzy na ten temat, wystarczy czerpać z tej skarbnicy, weryfikować w swoim życiu i budować swoją własną mądrość.
Czy są etapy rozwoju? A pewnie. Są etapy, podetapy, nadetapy, etapy etapów, doprawdy można kręćka dostać próbując to zrozumieć. Tylko po co? I tak żyjemy tu i teraz, mamy konkretne sprawy do załatwienia tu i teraz, konkretne problemy, konkretne kroki do wykonania. O nasze prowadzenie dba stale i niezawodnie WJa. Próba stworzenia systemu etapów rozwoju jest skazana na niepowodzenie, bo droga każdego jest indywidualna i wielowymiarowa. Istnieje przynajmniej kilka systemów analizy psychometrycznej dla przykładu, różnią się między sobą, i widoczne są w nich przekonania ich twórców na temat natury świata. A co jeśli te przekonania były nieprawdziwe? To cały system zbudowany na nieprawdzie bierze w łeb.
Z grubsza można określić pewne etapy w życiu duszy czy też w obrębie pojedynczego życia ciała ludzkiego. Ale to jest tylko z grubsza, bo nie wynikają z tego konkrety, które byłyby uźyteczne. Wiesz, że najpierw jesteś dzieckiem, potem młodzieńcem, dorosłym i starcem. Na koniec odchodzisz. Ale czy wiemy, ile te etapy będą u nas trwać? Czy jakikolwiek system powie nam, ile będziemy żyć?
Ale do rzeczy - czy WJa ma dla nas gotową ścieżkę? Nie Jest dokładnie wprost przeciwnie. Żeby się tu nie zaplątać użyję wspaniałego i obrazowego (jak dla mnie) sposobu przedstawienia tego tematu rodem z Ho opono pono. Skoro to strona hunowa to warto takiego hawajskiego systemu użyć.
Otóż w każdej chwili naszego istnienia, w każdej sekundzie, w każdej decyzji, wybieramy spośród dwóch możliwości. Tak, dokładnie dwóch, bo nie ma więcej, choć świat stwarza złudzenie wielości wyborów. Ale wybór jest tylko dwojaki: albo-albo.
Albo słuchamy WJa i kierujemy się inspiracją.
Albo słuchamy Podświadomości i kierujemy się pamięcią.
To są dwa rozłączne systemy.
Szczegóły można poczytać na stronach Ho opono pono, tutaj tak z grubsza.
Kierowanie się podświadomością w wyborach i postępowaniu oznacza działanie na podstawie wspomnień. Wyniki przewidujesz na podstawie przeszłych podobnych zdarzeń i wnioskowania. Nie dopuszczasz Nowego. Boisz się nieznanego. Decyzje podejmujesz na podstawie podobnych sytuacji z przeszłości. Także z przeszłych żyć. Nie jesteś świadoma dlaczego robisz te czy inne rzeczy, ale one wynikają z przekonań zbudowanych w przeszłości i utrzymywanych w podświadomości przez setki wcieleń. To działanie trochę jak automat. To takie mechaniczne życie. Bo znając dokładnie to wszystko, co siedzi w Twojej podświadomości można dokładnie określić, jak zareagujesz i co zrobisz w określonych sytuacjach. Można przewidzieć jak potoczy się Twoje życie. Wszystko jest przewidywalne. Dla osoby, która w 100% kierowałaby się podświadomością (czyli wspomnieniami) wszelkie wróżby, przepowiednie i horoskopy sprawdzałyby się także w 100%. A to dlatego, że wróżbiarstwo na tym właśnie się opiera. Wróżbiarstwo zakłada 100% działanie w oparciu o podświadomość i wspomnienia. To tu siedzą wszystkie wzorce emocjonalne, cała karma, całe nasze przenaczenie. Wróżbita sięga do tego zbiornika podświadomości i stamtąd, niczym komputer, wyczytuje co Cię czeka i tak się dzieje, wróżby się spełniają. To tu siedzą zapisane 'reguły' działania Twojego świata, to zapisanymi tu regułami kieruje się ciało gdy decyduje o różnych reakcjach. Gdyby istniała tylko ta jedna możliwość, gdybyśmy mogli kierować się tylko wspomnieniami i podświadomością, to bylibyśmy przewidywalni, a nasze życie byłoby tylko skomplikowanym równaniem - jak podstawisz odpowiednie dane to z góry wiadomo, jak się potoczy, jak zareagujesz, co i kiedy się wydarzy, jak się karma przejawi itp.
Szczęśliwie to jest tylko jeden biegun i nikt do końca nie żyje tylko wspomnieniami.
Drugi biegun to kierowanie się inspiracją Wyższego Ja . Tylko dzięki temu wyborowi możliwy jest rozwój. Tylko dzięki inspiracji i prowadzeniu WJa jesteśmy w stanie uwolnić się od życia wspomnieniami, dopuścić Nowe Nieznane, by się pojawiło w moim życiu. Uwolnić się od karmy w podświadomości, uwolnić się od Przeznaczenia. Dzięki kierowaniu się inspiracją zyskujemy wolność. Inspiracja jest nieprzewidywalna. Ona podpowiada rozwiązania i postępowanie w zupełnie niepojęty sposób, czasem nielogicznie, czasem w sprzeczności ze wspomnieniami i naszymi przekonaniami, ale zawsze okazuje się, że to rozwiązanie było najlepsze dla nas, rozwinęło nas, pozwoliło nam wzrosnąć. Inspiracja inaczej działa u dziecka, inaczej u dorosłego, ale zawsze jest, obecna w każdej chwili by z niej skorzystać.
Jak napisałem, jej potęga polega na tym, że idąc za inspiracją, stajemy się po trochu jak Wyższe Ja, zaczynamy rozumieć, jak świat z tamtej perspektywy wygląda. Przestajemy by ć przewidywalni, żadne wróżby i przepowiednie się nie sprawdzają bo jesteśmy wolni i w każdej chwili stwarzamy swój los.
No ale, przede wszystkim, oczyszczamy swoją podświadomość ze wspomnień i uwalniamy się coraz bardziej od kierowania się wspomnieniami.
Nasza wolna wola zatem sprowadza się do prostego wyboru - czy kieruję się wspomnieniami i podświadomością, czy też inspiracją i Wyższym Ja.
Zastanawiasz się, po czym poznać, czym się w danej chwili kierujesz? W takim razie kierujesz się podświadomością, działasz i myślisz w oparciu o wspomnienia. Jeśli masz wątpliwości - działasz ze wspomnień. Jeśli próbujesz planować, przewidzieć przyszłość, wymyślić co masz zrobić by osiągnąć cel X - kierujesz się wspomnieniami i podświadomością.
Jeśli kierujesz się inspiracją - wiesz o tym.
Nasza drog a to droga ku coraz większemu kierowaniu się inspiracją poprzez oczyszczanie podświadomości. Większość z nas kieruje się wspomnieniami znacznie częściej niż się nam wydaje. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w kierunku, w którym zmierzamy. Gdy poddajemy się coraz bardziej prowadzeniu WJa to znika karma, znikają ograniczenia. WJa jest wolnością. Najpełniejszą jaką można sobie wyobrazić. WJa nie ma programu i planu na nasze życie. To podświadomość i wspomnienia, zwłaszcza te naładowane emocjami tworzą karmę, przeznaczenie. A Wyższe Ja w każdej chwili zsyła nam inspirację taką, by nas od władzy wspomnień i podświadomości uwolnić. Jest elastyczne w najbardziej możliwy sposób. Nie da rady przewidzieć co i kiedy zrobi. Ono działa zależnie od potrzeb, pchając nas ku wolności i rozwojowi, ku uwolnieniu od przeznaczenia, od zniewolenia przez karmę i obciążenia tkwiące w podświadomości.
A Ho opono pono jest procesem, który jest wyrazem naszej świadomej zgody na tak rozumiany rozwój i prowadzenie.
A teraz trochę osobistych spraw. Otóż kilkanaście lat temu przydarzyło mi się coś, co wtedy nazywałem Przebudzeniem, strzałem kundalini, Olśnieniem. To był zupełnie nowy stan, nie znany mi wcześniej ani niewyobrażalny. To było jak złączenie się z Wyższym Ja i patrzenie na świat z jego perspektywy. Każdy, kto czegoś takiego doznał, wie o czym mówię. Nikt, kto tego nie doświadczył, nie jest sobie w stanie tego wyobrazić, bo to jest doświadczenie spoza wszelkich wspomnień, nie możliwe do wyobrażenia sobie. Tego po prostu trzeba doświadczyć. I to odmienia na zawsze. To moje Olśnienie trwało może miesiąc, może trzy, potem minęło. Przez ten czas widziałem świat z perspektywy Wyższego Ja, zyskałem wolność od podświadomości i wspomnień. Co to oznaczało? Niesamowite rzeczy. Czy umiałem latać? Nie. Ale umiałem inne niesamowite rzeczy , do dziś rodzina wspomina to co wyprawiałem. Moje ciało reagowało według tego, jak mu nakazywałem, a nie według obowiązujących w zbiorowej podświadomości programów. Świat wyglądał jak bajka, wszystko było zachwycająco piękne. Wcześniejsza percepcja świat była jakaś taka blada i szara, wcześniejsza radość była zaledwie cieniem radości. W stanie zjednoczenia z Wyższym Ja zmysły działały jakby stokroć bardziej wyostrzone. Potem wszystko powoli osłabło i wróciło do poprzedniego stanu. Dziś nazywam tamto wydarzenie Dotknięciem Nieba. Dane mi było dotknąć Nieba, a może namiastki Nieba, a może tylko namiastki namiastki Nieba którą mogłem ogarnąć. Od wtedy wiem, dokąd zmierza mój rozwój. Wiem, że za jakiś czas, w tym czy następnym życiu, osiągnę taki stan, ale tym razem zupełnie świadomie i na stałe. Wiem, że gdy ten czas nadejdzie, będę całkowicie kierował się inspiracją WJa i patrzył na świat oczami WJa. A zanim ten czas nadziejdzie - cóż, codzienna praca nad oczyszczaniem podświadomości przez Ho opono pono, szukanie inspiracji WJa i wskazówek co do tego, co i jak mam robić tu i teraz. Ale tamta dawna radość pozostaje w mej pamięci i sprawia, że wiem, że żadna z doczesnych uciech, sukces, itp. nie są nic warte. To błyskotki, miłe rzeczy po drodze, ale to nie one sa celem, nie są istotne, nie one są źródłem radości i szczęścia.
A teraz tematu nr 1 - żeby o tym napisać potrzebny był cały ten powyższy wstęp.
Chodzi o ból.
Otóż Eli, programy tkwiące w naszej podświadomości to rodzaj samopodtrzymujących się zamkniętych sytemów. One opierają się na pewnych fundamentalnych przekonaniach i kreują świat, który te przekonania podtrzymuje, ze wszelką cenę. Takie fundamentalne przekonanie to uznanie, że jesteś ciałem. Tylko ciałem. I ból jest właśnie narzędziem udowodnienia Ci, że jesteś tylko ciałem. Gdy robisz coś, co zagraża temu samopodtrzymującemu się systemowi przekonań w podświadomości (zwanym ego) to ten system użyje wszelkich środków by Cię zawrócić. Gdy za bardzo zbliższysz się do Przebudzenia, to ego wykorzysta ból, by odwrócić Twoją uwagę i udowodnić Ci, że jesteś ciałem. No bo przecież jak bardzo boli to nie jesteś w stanie ani myśleć ani nic robić ani modlić się. Jesteś we władzy bólu, dotykalnie masz udowodnione, że jesteś ciałem, które niedomaga i dlatego nie jesteś w stanie nic zrobić gdy boli. Ten system przekonań gotów jest zastosować wszelkie dostępne rodzaje cierpienia by utrzymać się w mocy, byś się z niego nie Przebudziła. Na szczęście istnieje Wyższe Ja które podsuwa inspirację i wskazuje drogę wyjścia z władzy ego. Drogę wyjścia z tego samonapędzającego się systemu przekonań, rodzącego tylko ból, strach i ciągłe poczucie niezaspokojenia i braku.
W owym stanie Przebudzenia, który mi się przydarzył kilkanaście lat temu, jak opisałem powyżej, w bardzo specyficzny sposób postrzegałem siebie. Jak widz w kinie. Z dystansu. Nie identyfikowałem się z ciałem. Docierały do mnie bodźce od ciała, ale mogłem je ignorować zupełnie tak, jakbym ściszał radio. To było zaskocznie, odkryłem to... na fotelu u dentysty. Usuwał mi on zęba, trzonowca, męczył się ponad godzinę, co chwilę przepraszał że to tyle trwa i tak boli. No i owszem, bolało, byłem świadom bólu, jego siły, ale nie powodował on cierpienia, mogłem odwrócić od niego uwagę, zapomnieć i skupić się na czymś innym, zupełnie jakby to nie był mój ból. To jest - jak napisałem - niewyobrażalne jeśli się tego nie doświadczy. To jest jeden z elementów postrzegania świata z perspektywy Wyższego Ja. To jest szalona motywacja by ze wszystkich sił dążyć do oddania i zjednoczenia się z Wyższym Ja. Jest ból, ale nie powoduje cierpienia. To wspaniały sposób w jaki Wyższe Ja wytrąca oręż ego z ręki, raz na zawsze.
Mimo, ze - jak napisałem - to intensywne doświadczanie Przebudzenia skończyło się po trzech chyba miesiącach, to od tamtego momentu jestem odmieniony. Ból często właśnie tak traktuję, choć nie zawsze mi się to udaje. Nie bałem się zabiegów u dentysty i trudnych skomplikowanych operacji chirurgicznych gdy chorowałem na raka. Operacje zniosłem wzorowo jakby to było ugryzienie komara, gdy mnie pytali czy boli to musiałem wczuć się w ciało i zdecydować, czy boli czy nie. Bo nie cierpiałem, niezależnie od odczuwanego bólu. No ale żeby nie przedstawiać tu różowego jednostronnego obrazu to muszę dodać, że w momentach gdy wychodzą śmieci z podświadomości ból potrafi mnie zabić, odczuwam go jak dawniej, do szpiku kości. Tak było gdy parę tygodni po operacji brzucha dopadło mnie coś w rodzaju skrętu kiszek. Ból potworny wyłączał myślenie, myślałem, że umieram. Jednocześnie dokładnie wiedziałem, dlaczego, co to za program się odgrywa. Otóż wcześniej, jeszcze w szpitalu współpacjenci opowiadali o potwornych cierpieniach po operacji brzucha, jaka i mnie czekała. Faktycznie cierpieli, środki bólowe i morfina nie pomagały. Ja w duchu czułem się od nich lepszy bo wiedziałem, jaki mam stosunek do bólu. Na dodatek w modlitwach prosiłem o to, by nie bolało wcale. W efekcie przebieg okołooperacyjny był idealny, coś bolało, nie umiem powiedzieć czy mocno czy słabo, ale istotne było, że nie odczuwałem żadnego cierpienia i mimo bólu mogłem rozmawiać, czytać, jeść, jakby nic się nie działo. No i potem, tym skrętokiszkowym potwornym bólem zapłaciłem po prostu za to, że pozwoliłem sobie czuć się lepszym od tych współpacjentów. Zamiast z miłością do nich podejść to oddzieliłem się od nich poprzez myślenie 'ja jestem lepszy, nie będę odczuwał bólu bo tak mnie prowadzi WJa'. Teraz się z tego śmieję bo sądziłem, że poczucie wyższości albo niższości nie dokuczy mi, a tu taki kwiatek! Człowiek nigdy nie wiem, co mu siedzi w podświadomości, dlatego - warto ciągle i wciąż i wciąż modlić się i prosić WJa o opiekę i prowadzenie, o uwalnianie od negatywnych programów i karmy, na przykład za pomocą Ho opono pono.
Ha! A teraz jadę kupić pistolet. Wiatrówkę taką znaczy Strasznie spodobało mi się strzelectwo i tylko się modlę, żebym nikomu krzywdy śrutem nie zrobił.
PS. Eli, a co mojego pisania - dziękuję, ale wszelkie pochwały należą się Wyższemu Ja. Na dodatek, nasze WJa są ze sobą połączone, więc podziękuj... sobie za moje pisanie, na jedno wyjdzie, a podziękowanie dosięgnie i Ciebie i mnie innych.
Dawniej nie pisałem, bo uważałem, że po co komu takie truizmy, że pełno pisania i mądrości w książkach i w internecie, i nie wiedziałem po co zwiększać ilość tego tym bardziej, że są mądrzejsi ode mnie i nie chciałem by w moim pisaniu zagubiły się ich perełki. I dopiero dużo potem, właściwie to podczas tych miesięcy spędzonych w szpitalu onkologicznym zrozumiałem, że to był błąd. Każda wiedza jest nam dana po to, by się dzielić z innymi. Każda mądrość płynąca z doświadczenia jest warta tego, by innym o niej opowiedzieć. Pojawiamy się w określonym miejscu i czasie po to, by właśnie tam dać siebie. By właśnie tam pozwolić świecić tej cząstce boskości, która w nas się zaświeciła. Nawet jeśli to jest jeszcze mała iskierka. Wystarczy zakasać rękawy i poprosić WJa o inspirację i o to, żeby tekst był czysty i wartościowy, by miał korzystne działanie.
Piszę sporo, głownie prywatnych listów, a niektóre pisania nadają się do upublicznienia i to robię.
Są też teksty, które okazują się pochodzić od podświadomości i zawierają mnóstwo śmieci. Te zatrzymuję dla siebie i lądują w koszu.
A te, które publikuję są zazwyczaj pisane jednym ciągiem, bez korekty, i wiem że są dobre. Dobre w takim sensie, że spełniają swoje zadanie, o którym to zadaniu wcale nie muszę mieć pojęcia Czasem piszę komuś odpowiedź, a okazuje się, że jest nietrafiona i odbiorca w ogóle nie przyjął tego, a potem znajduje się ktoś, komu to pisanie było potrzebne. I dlatego, nawet jeśli w tych opublikowanych tekstach potem dostrzegam jakieś ograniczające przekonania, poglądy warte rewizji, to zostawiam je takimi jakie są. Bo wiem, że to może komuś się przydać. Tak jak i mnie inspirowały pisania dziesiątek ludzi. Pisania przekazujące doświadczenie, pisania pełne, jak moje, ograniczających przekonań, ale zawierające światło tej Boskiej Iskry, która kierowała autorem i przez niego mówiła.
PS1. Tak jak napisałem w tym tekście, choć chciałoby się działać cały czas z inspiracji, to zdaję sobie sprawę, że nadal przez większość czasu działam z podświadomości na podstawie wspomnień. Tak samo z tymi moimi pisaniami. Ale tak jest dobrze, tak ma być, a przyszłość niesie Nowe, Nieznane i Piękne!
- Autor: Eli, Opublikowany: 25.06.2009, 12:33:19:
(ID: 2022)
No tego wyjaśnienia mi brakowało bo coś mi się nie zgadzało w tym podejściu :) Znów mam co przegryzać sobie.
Swojemu WJ dziękuję za to, że już dawno nakierowało mnie na tą stronę co dało początek wielu różnym inspiracjom. A do tego Olśnienia jakoś dążyłeś wówczas celowo, czy po prostu tak dobrze żyłeś ze swoim WJ, że samo nadeszło?
Pozdrawiam i życzę wszystkim wielu inspirujących tekstów :) A wiesz w ogóle sądzę, że Twoje pisanie tak tu wszystkich cieszy bo niektórzy "mędrcy" itd. owszem piszą świetnie ale mało osobiście i oczywiście Ku powiada wówczas " on tak tylko gada, a w praktyce nie sprawdził"
- Autor: Lambar, Opublikowany: 25.06.2009, 13:40:15:
(ID: 2023)
Zjednoczenie z Wja musi być cool
Wg mnie to jest "przeznaczenie" naszego żywota, właściwie to żywotów.
Gdy człowiek zaprasza do siebie Boga/Wja, pozwala mu wyrażać się poprzez swoją istotę, to coraz mniej uwagi poświęca na chomikowanie. Czyli coraz mniej martwi się fizycznością, nie przykłada do tego mocy/wartości. Nie odczuwa strachu o jutro, o zarobki, o zdrowie i o całe niezliczone mnóstwo innych spraw związanych z fizyczną egzystencją.
Bo są, jak to Zeb określa: inspiracje.
Z mojej strony mogę opisać jak pozwalam wyrażać się tej boskości, czyli jak dążę do zjednoczenia.
Mówiąc oględnie - poprzez wyrażanie Dobra.
Wiem wiem, świru dyru ktoś pomysli, ten tu znowu z tym dobrem wyskakuje
Jak Wja podchodzi do żywota to pięknie Zeb opisał. Czy się martwi różnościami z egzystencji w fizyczności? Czy odczuwa obawy, strach, czy się złości?
Wja jest wdzięczne za to, że się wyrażać. Ta Wdzięczność to właśnie moje Dobro w szerokim znaczeniu tego słowa.
Kiedy tylko mogę (bo czasami ego weźmie górę, a wtedy umarł w butach ) patrzę na ludzi, rzeczy, doświadczenia z punktu nic-nie-znaczenia.
I do tego wzmacniam stan Wdzięczności.
Przykład, aby być lepiej zrozumianym.
Jestem z teściem przy garażu, gmyramy w aucie i przy okazji miło rozmawiamy o pierdołach z życia wziętych.
I nagle tato wyskakuje z superancką opowieścią jak to mu policjant drogę zajechał i dalej o tym, jak nakręcała się spirala agresji.
W normalnym stanie to jeszcze bym do tego ognia dolał od siebie oliwy.
Tymczasem wyrażając boskość byłem spokojny, opanowany, zrelaksowany, lekko uśmiechnięty i łatwo zmieniłem temat, tak aby samemu się nie nakręcać i aby opowiadacz zmienił rodzaj ekspresji.
To dobry przykład aby pokazać też, w jaki sposób utwierdzamy się w egowym świecie i jak można z niego małymi krokami wychodzić.
Albo nakręcamy się emocjonalnie na ograniczenia, albo nakręcamy się także emocjalnie, ale w drugą stronę.
Czyli chodzi jakiego rodzaju wyrażamy uczucia. Czy są to uczucia strachu, te tak zwane niskie wibracje, czy uczucia wyższe, z krainy Ducha.
Moje wyrażanie Dobra to chyba też efekt zapraszania boskości do siebie.
Czyli dziękowanie za moc wyrażania Dobra, dziękowanie za obecność Boga etc. no i świadome zapraszanie, czy wręcz nawoływanie i afirmowanie Boga w sobie.
To, co mogę z doświadczenia powiedzieć, to jest doskonały rozpuszczalnik na troski, obawy, na brak mocy aby ruszyć z miejsca.
Reasumując polecam (zabrzmiało jak na Allegro ) dwa działania:
- wyrażanie wdzięczności, co można łatwo wzmacniać poprzez uznawanie czegoś, poprzez dziękowanie
- zapraszanie do siebie boskości i afirmowanie tejże boskości w sobie
- Autor: Zeb12, Opublikowany: 26.06.2009, 14:22:27:
(ID: 2025)
Eli,
> A do tego Olśnienia jakoś dążyłeś wówczas celowo, czy po prostu tak dobrze żyłeś ze swoim WJ, że samo nadeszło?
Faktycznie, chciałem o tym też wspomnieć ale mi umknęło. Nie, nie dążyłem do tego Dotknięcia Nieba celowo, nie wiedziałem że taki stan/przeżycie jest możliwe, nie wyobrażałem sobie tego wcześniej. To po prostu się wydarzyło i w trakcie zacząłem się interesować, co to takiego się ze mną dzieje. Teorii wyjaśniających jest mnóstwo, nazw też, najlepsze opisy i wyjaśnienia znalazłem w tekstach mówiących o tzw. strzałach kundalini i budzeniu się tej energii. Z perspektywy czasu wygląda, że to był strzał przedwczesny, co się zdarza całkiem często, bo ostatecznie potem sporo się w moim życiu namieszało niestety.
Takie Olśnienia zdarzają się wielu ludziom i często pozostają niezauważone.
Zdarza mi się czytać jakieś artykuły czy teksty, czasem zupełnie nieduchowe, i ewidentnie widać, że autor tego typu doświadczenie przeżył i opisuje, choć zupełnie nie ma pojęcia co to jest i próbuje to wyjaśniać na przykład materialistycznie całkowicie, bo taki akurat jest jego światopogląd, i niestety plącze się w tym zupełnie, bo materialistyczne wyjaśnienia tu nie działają, to są fenomeny zesłane sfery ducha.
Pamiętam do dziś ten dzień, gdy rano się obudziłem pełen energii, radości, zapału do życia. Otwieram oczy - o jak pięknie! Jak wspaniale się czuję, jaka piękna pogoda. O, jak moja żona pięknie wygląda jak śpi! O jakie piękne mamy mieszkanie. W magiczny sposób piękno kłuło mnie w oczy gdziekolwiek skierowałem swoją uwagę. Poszedłem do pracy. Po drodze - sami piękni ludzie na ulicy. Doskonale zorganizowany i funkcjonujący świat. W pracy - cudowne rzeczy do zrobienia, wspaniali duchowi (!!!) współpracownicy. Rozmawiałem z dotykalnymi ludźmi, a wiedziałem, że to dusze, i wiedziałem jakie intencje nimi kierują, że intencje są dobre, widziałem jak zniekształcają się przez pryzmat ich wierzeń i ograniczeń w taki zniekształcony sposób wyrażają się w materii. Wszędzie widziałem doskonałość. Bez wysiłku, taki widziałem świat. Do tego moja energia była niezmierzona. Zadania w pracy przeznaczone na cały dzień wykonywałem w dwie godziny, na dodatek w idealny sposób - przewidując zdarzenia, które miały nastąpić następnego dnia. Nie zrobiłem jakiejś roboty bo wiedziałem, że nie jest potrzebna, po czym za dwa dni przyszedł szef i powiedział, że się okazało, że nie trzeba było tego robić.
Kipiałem radości, myśli płynęło chyba sto razy szybciej niż wcześniej. Patrzyłem na człowieka i widziałem jego duszę, czułem jego charakter. Ze zdjęcia umiałem powiedzieć, jaki ktoś jest w tym życiu i sam siebie tym zadziwiałem, to było takie oczywiste - patrzę i wiem, jak można tego nie wiedzieć? Do tego potrzebowałem tylko trzy godziny snu, wcale nie byłem zmęczony. Czułem przepływ energii przez moją istotę, moje ciało, i natychmiast widziałem, jak moje myśli ten przepływ wzmacniają albo blokują. Dzięki temu z łatwością mogłem uniknąć tych blokujących myśli. Do tego w niespotykany sposób umiałem rozwiązywać konflikty w pracy czy w domu. Niczym jakiś magik umiałem tak pokierować rozmową, by napięcie i złość prysnęły, by obrócić wszystko w żart, by rozluźnić atmosferę. Każdą sprawę umiałem załatwić, robienie czekogolwiek sprawiało mi przyjemność. Pamiętam szaloną radochę gdy... widłami ładowałem obornik na wóz Zniknął gdzieś mój lęk przestrzeni i z łatwością i w szalonym tempie pomalowałem kuchnię, przy okazji akrobatycznie na palcach tańcząc na drabinie czy stołku na stole. Cały czas przepełniała mnie ogromna radość i wdzięczność dla Boga, że żyję.
A najlepsze - świat zewnętrzny nie zmienił się zupełnie! Był nagle piękny, cudowny, wspaniały, doskonały, choć był zupełnie taki sam jak wcześniej. To było właśnie uderzające - że świat się nie zmienił, tylko coś w moim wnętrzu się zmieniło, i stałem się przez to w 100.000.000% szczęśliwy! Dostałem namacalny dowód, że szczęście w całości pochodzi z wnętrza i nie zależy zupełnie od tego, jak wygląda świat zewnętrzny.
No a potem, gdy to minęło, po trzech bodajże miesiącach, to się dziwiłem. Bo choć świat ciągle był taki sam, to nagle problemy znów stały się Problemami. Nagle przestałem rozumieć postępowanie innych. Nagle wrócił lęk przed jutrem. Nagle potrzebowałem zrobić to czy tamto by siebie uszczęśliwić.
Teraz wiem, że takie przeżycia to jest dar od Ducha, zsyłany nam po to, byśmy zobaczyli, w jaką stronę zmierzamy. Po jego doświadczeniu życie już nigdy nie wygląda jak dawniej. Nawet jeśli nie wiemy, co się stało, to czujemy, że stało się Coś co nas odmienia na zawsze. Znika chęć do oceniania innych i siebie, znika chęć do planowania życia i układania i dążenie do szczęścia poprzez robienie czegoś w świecie fizycznym. Bo widać namacalnie, skąd pochodzi radość i szczęście, i że nie ma ono związku z sytuacją życiową. Od wtedy nie pozostaje nic innego, jak zwyczajnie spokojnie sobie żyć, a w duchu modlić się o jak najszybsze doprowadzenie do tego Niebia. Nieba, które jest w nas. Które jest tu, na Ziemi. Nieba, które jest zmianą tylko i wyłącznie wewnętrzną. Nieba, które nie potrzebuje zmieniać świata nic a nic.
Od tamtej pory jestem wyczulony na wszelkie sygnały dotyczące tego Nieba. Nawet tutaj na tym portalu wiele osób pisze tak, jakby tego Nieba mieli okazję dotknąć albo właśnie w nim bylo. To nie musi być uświadomione, ale to widać bardzo wyraźnie, gdy się tego samemu doświadczyło. Widać też, gdy ludek błądzi i szuka szczęścia zupełnie nie tam, gdzie ono jest - w rzeczach, zdarzeniach, sytuacjach, zabawkach, które prędzej czy później okazują się puste. Każdy w nas nosi w sobie pamięć takiego Nieba. Stamtąd pochodzimy. Szukamy tego Nieba, nie pamiętając, czego szukamy. Myślimy, że znajdziemy to szczęście tu czy tam, robiąc to czy tamto, osiągając to czy tamto. A to ślepa uliczka. Tam szczęścia nie ma. Pozostaje zaufać WJa i prosić go z całego serca o to, by dane nam było doświadczyć choć przez minutę Nieba. To wystarczy. Wystarczy, by odmienić na zawsze i ukierunkować dalsze życie.
Sądzę, że wystarczy modlitwa do WJa, pełna zaangażowania, a wówczas Niebo przyjdzie do nas. Niespodziewanie, pewnego ranka
- Autor: kazynka, Opublikowany: 30.06.2009, 16:44:37:
(ID: 2034)
,,wystarczy modlitwa do WJa, pełna zaangażowania, a wówczas Niebo przyjdzie do nas. Niespodziewanie, pewnego ranka ,, - Jakie to piękne i jakże prawdziwe. Dziekuję za to , że tutaj Jesteś .
|  |
 |
Menu |
Ostatnio na forum |
Ostatnie komentarze |
» e tam :)
Dodano: 26-02-2010
Autor:
Akamai
|
 |
Logowanie |
Kto jest online |
 | Anba | |  | mariaga | | Obecnie jest 4
gości i 2 użytkowników
online |
|
 |
Polecamy |
Przyjaciele |
|  |