Opublikowany: 18.07.2008, 23:19:04,
Kategoria:
bez kategorii
Oglądałam dziś program z Lisą Wiliams na Zone Reality o 20-tej. (Jest to program cykliczny). Mam mnóstwo pracy, ale relaks też jest potrzebny.
Jeśli ktoś nie ogląda to powiem, że jest to pani, która widzi dusze osób, które zmarły. Bardzo przejmujące relacje ze spotkań z ludźmi. Ona sama wygląda zwyczajnie i ma śmieszną fryzurę. Wygląda jakby coś żółtego wylało jej się na głowę. Po skończonych spotkaniach zakłada czapkę na głowę, żeby odciąć się od energii zmarłych. Jak ma jakiś problem to zwraca się do swoich przewodników: babci i jakiegoś faceta.
Wszystko co nas spotyka jest po coś.
Co dla mnie z tego filmu wynika

Otóż ja nie mam kontaktu ze swoimi przewodnikami, nie wiem jak ma na imię moje WJ (po prostu nazywam go Duchem Rodzicielskim). Zaniedbałam moje praktyki, bo moje życie jakoś się ułożyło i taki bliski kontakt nie był mi potrzebny.
Mam znakomity kontakt z moim Ku, współpraca jest świetna. Jak nie mam czasu na kontakt to ona i tak sama o sobie przypomni (choćby pomagając znaleźć mi różne dokumenty czy rzeczy).
Mój kontakt z WJ ogranicza się do porannej prośby o wskazówki i pomoc w codziennych sprawach. Czasami przekazuję manę tylko i wyłącznie dla dobra mojego Ducha Rodzicielskiego. Niczego nie chcę. I już. Ten program uświadomił mi, że nie po to wchodziłam na tą ścieżkę, żeby wagarować. O ile czuję bliską obecność mojej Ku, to obecność przy mnie WJ odczuwam tylko w jakiś trudnych sytuacjach.
To powinno się zmienić. Pomyślę jak to zmienić.
A odpowiedź na pewno znajdę na tej stronie lub w necie.
Liczba wyświetleń: 287