Dawno dawno temu, gdy byłem maleństwem które może nawet nie potrafiło chodzić, tacie przyśniła się zmarła siostra. We śnie powiedziała mu coś tak niezwykłego i tak sprawdzalnego, że zakrawa to o doznania z filmowego Matrixa. 99,99% ludzi o czymś takim marzy.
Nie piszę tego aby chwalić się, że tato to był wyjątkowy jakiś itp. lecz dlatego, że ma to ścisły związek z moim doświadczeniem.
A co to był za sen taty to nie jest ważne, ważne kto komu i że było to coś istotnego.
Rodzice nie przywiązywali do tego wielkiej wagi, jednak dla mnie to cudny dowód na istnienie Ducha, a inni mogą nazwać to cudem czy majakami jakimś.
Nie chwalę się snami publicznie, lecz wydarzyło się coś wspaniałego i co ma ścisły związek z tamtymi wydarzeniami. No i pomyślałem, że warto tym się podzielić i nawet spisać dla samego siebie, bo jak wpadnę w dołek to będzie jak znalazł
Całkiem niedawno przypomniałem sobie o opowieściach rodziców dotyczących dawnego snu taty. Podążając dalej tym tropem przypomniałem sobie syna taty siostry, tej co mu się przyśniła niosąc wieści z drugiej strony.
Bardzo go lubiłem i szanowałem. Był mi bliski, więc można i powiedzieć że darzyłem go pewną odmianą miłości. W rzeczy samej to była miłość, ale taka partnerska jej odmiana. Kuzyn ten miał już swoje lata i odszedł z tego świata jakieś 10 lat temu.
I tak sobie porozmyślałem o Sylwestrze (tak mu było na imię), powspominałem go, przypominałem sobie chwile z nim spędzone, wyobrażałem go sobie.
Nie wiem czy tego samego dnia czy kolejnego Sylwester przyśnił mi się. We śnie był obok mnie, nie pamiętam scenerii, była rozmyta chyba jakaś, zresztą ona nie była ważna. Ważne było to co kuzyn powiedział - a powiedział spokojnie z wielką miłością coś takiego:
- Umiesz kochać?
Zapadła chwila ciszy, wręcz grobowej ale podszytą nutą niespodzianki, jakby zaraz miały wystrzelić fajerwerki i miała rozpocząć się impreza, po czym dodał:
- A więc pokarz mi jak potrafisz się cieszyć.
Znowu chwilka przerwy.
- Idź i baw się na całego na weselu!
Dodał Sylwester uśmiechając się.
Sen miałem niedługo przed weseliskiem na które byliśmy zaproszeni.
Sen dla mnie był powalający, to takie przypieczętowanie moich rozmyślań.
Wyrażając radość w życiu, zatapiając się w niej w każdej chwili i to na całego, wpadając jak w trans, jak ryba w sidła - w ten sposób wyrażamy Boskość. Tak wyrażamy naszą esencję. I nie jest to tylko radość ala imprezowicz na weselu. To jest radość gdy patrzę na auto podziwiając jego linię, gdy patrzę na żonę zatapiając się w błogostanie podziwiając jej każdą zmarszczkę i ogólnie całokształ. To jest radość z wykonanej pracy, z zakończonego projektu, z przejścia z pokoju do pokoju, z myśli że kupię sobie zimową kurtkę i będę w niej dobrze wyglądał. Gdy dotykam słoika ze śledziami w sklepie wyrażając radość na myśl o smaku, gdy słucham kropel deszczu, gdy dzwoni telefon i myślę, że będzie to rozmowa z kimś sympatycznym etc.
Trudno to oddać słowami, ale w chwilach gdy zatapiamy się w radości, w zadowoleniu oddając mu się całkowicie, wtedy jesteśmy zjednoczeni z Wja, jak Zeb w swoim blogu pisze - przytuleni do Wuja.
W tych chwilach wyrażamy najpełniej swoje źródło, no i co ważne w ten sposób też kreujemy naszą rzeczywistość. Choć ona w tych chwilach - przyszłość i wszelkie plany - to nie ma znaczenia. O tym wręcz zapominamy, to staje się nieistotne. Bo po prostu jest nam Dobrze, jesteśmy spełnieni.
I to jest prawdziwy stan naszego Źródła. Do tego zmierzamy, choć pokracznie, bo próbujemy różnościami, takimi substytutami pokryć smutek. Kupujemy sobie różne rzeczy, planujemy i notorycznie rozmyślamy o odległych planach o drodze do nich, zamiast w chwili obecnej cieszyć się z tego co jest na końcu drogi.
A tego nie da się zrobić - zaspokoić doła różnościami z tego świata. Można to zrobić tylko wychodząc z krainy smutku, odkrywając, że on jest sztuczny, że jest przez nas wymyślony.
Mógłbym tak jeszcze świrologicznie pisać, bo można bez końca używać różnych słów aby oddać ten temat, lecz ważne jest aby tego doświadczać, aby zatapiać się tu i teraz w tej radości, zadowoleniu, satysfakcji, spokoju, pewności.
I można przywołać w tym momencie temat błogosławieństwa, które nie raz do mnie powraca. To z tym się pokrywa, to jedno z narzędzi przywoływania naszego Źródła.
I jeszcze coś - dostrzegam że ja sam przywołałem Sylwestra do siebie z posłaniem. Zrobiłem to właśnie tymi rozmyśleniami o doświadczeniu mojego taty, no i oczywiście przypominaniu sobie samego Sylwestra.
Bo to są dwa czynniki - raz to myśl o przesłaniu (pewnie w jakiś sposób zapragnąłem czegoś podobnego), a dwa to myśl o sposobie w jaki może ono się ziścić. Choć nie określiłem co to ma być za przesłanie.
I na koniec - to wydarzenie pokazuje mi także dosadnie jak najlepiej inkubować sny - myśląc o czymś spokojnie i będąc przepełniony Dobrem. Czy to będzie zachwyt, miłości, podziwianie - nie ważne. Chodzi o wszelkie odmiany Miłości.
Bo często gęsto mam problem z inkubacją snów. A bo człek za dużo myśli i próbuje wymusić, napina się i nerwuje, no i wtedy jak to mówią u nas na wsi - d... w płocie
A teraz spójrz szanowny czytaczu w prawy górny róg tej strony, podjedź do góry aby strona była widoczna od swego początku. Jest tam piękna sentencja, ona właśnie zawiera to, co chciałem przekazać tymi słowami, czyli:
Kochać oznacza dzielić się radością życia tu i teraz...
Liczba wyświetleń: 1110