Znacie może Erin Pavlinę?
To taka kobitka w usa, zajmuje się samorozwojem, duchowością, kontaktem ze zmarłymi, kontaktem z przewodnikami duchowymi i różnymi innymi takimi. Robi na to na zamówienie.
Ma bloga, łatwo znaleźć. To żona Steve Pavliny, też dość znanego z uczenia ludków samorozwoju ale w kontekście bardziej biznesowym zdaje się.
No i ostatnio na jej blogu przeczytałem taki stary wpis o tym, jak sobie przed urodzeniem z jakimś Stworem z Tamtej Strony Lustra planowała obecne życie. Opisała tam, jak wybrała sobie rodziców, którzy zafundowali jej takie a nie inne (niezbyt łatwe) dzieciństwo. Wybrała takich rodziców celowo, żeby tak a nie inaczej ukształtować swoją osobowość w dzieciństwie i wymusić pewne określone działania. Ostatecznie z dobrym skutkiem, takim jak zamierzony. Choć w dzieciństwie wcale nie pamiętała swoich przeżyć i planów sprzed narodzin i wcale nie była zadowolona za swojej rodziny i rodziców.
To mi przypomniało, jak widziałem swoje dzieciństwo, całą swoją przeszłość w czasie Dotknięcia Nieba.
Otóż to wszystko, co nazywam trudnym dzieciństwem, co spowodowało DDA, i tak dalej, było w istocie celowym planem. Dusza może wybrać sobie dzieciństwo, w którym będzie jako malec porzucona emocjonalnie i zdana tylko na siebie. Na dodatek odrzucana przez najbliższe otoczenie i ludzi, którzy powinni dawać miłość i wsparcie. W efekcie w takiej rodzinie taki mały ludek będzie siłą rzeczy zmuszony do szukania oparcia w sobie, w swoim wnętrzu. I tak właśnie było u mnie. Trudne dzieciństwo, poczucie osamotnienia, odrzucenia, strach przed złym zagrażającym i nieprzewidywalnym światem spowodowały, że nie ufałem nikomu z zewnątrz i nie mogłem się udać nigdzie po pomoc. To wszystko spowodowało, że zamiast tak jak rówieśnicy, cieszyć się dzieciństwem, zabawą, radością i beztroską, zmuszony byłem szukać w swoim wnętrzu oparcia. I podziałało - znalazłem. Bardzo często wzywałem na pomoc Anioły. Choć ich nie widziałem, to widziałem efekty ich działania, bo spełniały moje prośby i chroniły mnie.
Patrząc z perspektywy Nieba, takie trudne dzieciństwo było błogosławione bo wykształciło we mnie bardzo wcześnie umiejętność patrzenia w swe wnętrze, oparcia w nim, obserwowania swoich myśli i swoich reakcji. To, że wszedłem w dorosłe życie z psychiką DDA która nie ułatwia funkcjonowania było zupełnie nieistotne z tej całościowej perspektywy. Bo przecież po odnalezieniu w swym wnętrzu Źródła Wszelkiego Uzdrowienia z łatwością z DDA mogłem sobie poradzić na tyle, by to nie utrudniało.
Patrząc z perspektywy Nieba odczuwałem niesamowitą głęboką wdzięczność do moich rodziców, że zgodzili się odegrać tak trudną i niewdzięczną rolę - bo przecież dusze marzą o wyrażaniu i przekazywaniu miłości w tym świecie, a moi rodzice razem ze mną zdecydowali, że mi miłości nie dadzą tyle, ile maleństwo potrzebuje, w imię Wyższych Celów. Wtedy też jasne było, że zupełnie bez sensu jest ocenianie rodziców, obwinianie ich o przekazanie mi jakichś tzw. obciążeń. To nie tak. Po prostu umowa jest umowa, istnieje Plan i Wyższe Cele, na który zainteresowane strony się zgadzają. Potem przychodzi Zapomnienie i narodziny tu, ale Plan jest realizowany mimo to.
Od wtedy mówię o dzieciństwie zupełnie bez oceniania, bo go faktycznie nie oceniam. Choć często jest to odbierane, zwłaszcza w słowie pisanym, jako negatywne wspomnienia, krytyka dzieciństwa, zrzucanie winy na rodziców, i tak dalej.
Tymczasem nic podobnego. Ten świat i nasze życia to doskonała idealnie naoliwiona maszynka, która ze 100% dokładnością zawsze działa tak, jak powinna, wedle niezmiennych praw przyczyny i skutku. Nie ma miejsca na przypadek. Taki zatem był plan, taka umowa, moje dzieciństwo wyglądało tak a nie inaczej, a celem była nauka mnie jak patrzeć w swoje wnętrze. To jest to samo, czego wiele osób w dorosłości dopiero uczy się. Oni mieli dobre domy, z miłością, cieszyli się życiem i szczęściem, nic nie zachęcało do odwrócenia uwagi od szczęśliwego świata zewnętrznego by patrzeć w swe wnętrze. Jeśli więc taki szczęśliwy ludek jednak zdecyduje się uczyć medytacji, opanowania myśli czy podobnych rzeczy, to zaczyna od prostej nauki wglądu w swe wnętrze i odrywania uwagi od świata zewnętrznego. Każdy ma jakiś swój Plan.
Ogólnie jest tak, że trudne dzieciństwo a także różne trudne kryzysowe przeżycia w dorosłym życiu sami zsyłamy na siebie, żeby się przebudzić. Szczęśliwe życie nie motywuje do pracy nad sobą. Dopiero gdy coś boli, doskwiera, uwiera, to człowiek się zastanawia, jak to wszystko działa, jakie i gdzie są przyczyny bolącego stanu rzeczy i jak je zmienić. I zaczyna się zabawa w prawa przyciągania, czasem się to przeradza w głębsze duchowe poszukiwania Sensu Rzeczy.
Oczywiście potem, gdy już się ludek tego i owego o niewidzialnej stronie życia nauczy, to uświadamia sobie, że przecież nauka przez radochę i zabawę jest stokroć efektywniejsza i przyjemniejsza niż nauka przez ból i cierpienie. I świadomie już, wiedząc, że to w nim jest moc decyzyjna co do jego życia i sposobu nauki, wybiera właśnie naukę przez radość i miłe doświadczenia.
Oczywiście to żadna wszechobowiązująca reguła, bo są i istotki na tyle świadome, że przychodzą tutaj i nie potrzebują dawać sobie kopniaków, by wieść zupełnie przebudzone życie i uczyć się o niewidzialnej stronie od razu przez radość i zabawę. Gdzieś czytałem (u E.Pavliny albo u B.Brennan) że zdarzają się tacy rodzice, którzy są przebudzeni i świadomi natury życia. Oni są w pewien sposób 'rozchwytywani' przez istotki, które chcą się urodzić. Bo tacy rodzice oferują doskonały start w zrównoważone życie, gdzie ludek od małego jest uczony tego, kim jest naprawdę, jaką ma moc, co jest celem, i tak dalej. No ale że tacy rodzice to rzadkość - jak pisze któraś z tamtych autorek, to wybieramy sobie inne warianty, które w ten czy inny sposób ułatwią nam zebranie doświadczeń, które pragniemy zebrać by zrealizować swoje cele.
A zatem niech będzie błogosławione trudne dzieciństwo a także trudne przeżycia w dorosłości - bo każda z takich sytuacji to kolejna okazja (być może zaplanowana dawno temu) do Przebudzenia się i rozpoczęcia świadomego życia w pełni swej istoty, w wolności od iluzji świata-tylko-materialnego.
Od naszej reakcji na trudne sytuacje zależy, czy wykorzystamy okazję i się przebudzimy, czy też będziemy nadal widzieć siebie jako ofiarę złego świata, zamiast jako istotę faktycznie w 100% odpowiedzialną za kreację swego doświadczenia i losu.
Oczywiście takim budzącym doświadczeniem jest praktycznie każda ciężka choroba.
Dlatego jak stykam się z młodym człowiekiem, który na starcie dostaje jakąś trudną, czasem tzw. nieuleczalną chorobę i się z nią mierzy, to myślę "WOW a to Duszysko silne i potężne, skoro takiego Budziciela sobie wybrało. No ale jak ta istotka zacznie dorosłe życie od pokonania tej choroby i poznania swej prawdziej boskiej natury, to potem będzie faktycznie zdolna budzić innych samą tylko obecnością

". Tak sobie myślę i kłaniam się tej istocie, która najczęściej tkwi w zapomnieniu i nie zna swego potencjału, nie przeczuwa nawet cienia mocy, jaką posiada. A w cichości ducha modlę się o wsparcie i siły dla niej. I często dostaję informację, że taki stan bólu i cierpienia musi jeszcze chwilę u danego ludka potrwać, by wyrobić w nim pewne cechy, zmusić do pewnych działań. Kłaniam się wtedy Bogu w tej istocie i błogosławię plan, jaki sobie wybrała. Bo wolna wola to najświętsze prawo.
Liczba wyświetleń: 920