W związku z wątkiem na forum o afirmacjach, który się ostatnio ożywił, postanowiłem opisać zastosowanie afirmacji w moim życiu, a konkretnie w procesie radzenia sobie z chorobą nowotworową i zdrowienia. To jest tylko jeden ze sposobów zastosowania afirmacji, na dodatek raczej odnoga, a nie metoda głównego nurtu tak jak to jest opisywane w literaturze. Istotne jest to, żeby zrozumieć, że afirmacja to nie jest czarodziejska różdżka. Afirmacja to po prostu jedno z narzędzi do pracy nad sobą. Trzeba się nauczyć jak je skutecznie stosować tak, jak uczymy się obługi komputera, samochodu czy innych bardziej skomplikowanych narzędzi.
Zastosowanie afirmacji, które opiszę na swoim przykładzie, rozumiem jako takie poprowadzenie wirtualnej linii, od punktu, w którym jestem teraz do punktu, w którym chciałbym być. Zwłaszcza zakotwiczenie w punkcie w jakim jestem teraz jest istotne. Tak, jak jadąc na łyżwach, żeby ruszyć trzeba się od czegoś odepchnąć , tak samo żeby ruszyć z afirmacjami trzeba je o coś w sobie zaprzeć.
Gdy więc poprowadziłem sobie tę wirtualną linkę wyznaczającą połączenie od stanu obecnego, tak jak go czułem, rozumiałem, do stanu docelowego, tak jak chciałem by się zmaterializował, to zobaczyłem mniej więcej coś takiego: linka była przytwierdzona mocno do
jestem chory (tak się czułem) a jej drugi koniec niknął gdzieś daleko w
jestem zdrowy.
Pojawiło się więc pytanie, jakiej afirmacji użyć, aby rozpocząć proces poruszania się po tej lince. Pogrzebałem w sobie patrząc na koniec linki jestem zdrowy i okazało się, że ja głęboko w sobie wcale nie chcę wyzdrowieć. Mówiąc inaczej - skupienie uwagi na tym, co chcę osiągnąć (zdrowie) wyciągnęło na wierzch świadomości fakt, że wcale nie chciałem wyzdrowieć. To była wskazówka, jaką pierwszą afirmację zastosować. Było to po prostu chcę wyzdrowieć.
Wystartowałem zatem. Powtarzanie sobie
"chcę wyzdrowieć" budziło opór wewnętrzny. Na powierzchnię świadomości wypływały różne powody, dla których nie chciałem wyzdrowieć. Powody przeróżne, dziwne, i całkiem sporo ich. Każdy taki powód potrzebowałem rozbroić. Z grubsza było to oparte na logicznym tłumaczeniu sobie, że załatwienie sobie tej czy innej sprawy przez chorobę nie jest korzystne, że to samo mogę osiągnąć zdrowymi nie wyniszczającymi sposobami. Prosty przykład - nie chciałem wyzdrowieć bo chorowanie dawało mi odpoczynek od pracy. Wyjaśniłem więc sobie, że przecież mogę sobie tak pracę ustawić, by pracować mniej, by więcej odpoczywać, by nie przemęczać się, i tak dalej. Podobnie tłumaczyłem sobie inne kwestie. Robiłem to aż do momentu gdy afirmowanie
"chcę wyzdrowieć" nie budziło oporu tylko ładnie współgrało z moim wnętrzem, myślami i odczuciami. Po krótkim czasie (stosunkowo) poczułem, że afirmacja podziałała i że przesunąłem się ze stanu "jestem chory" do stanu
"chcę wyzdrowieć". Tak się zacząłem czuć, na tym automatycznie skupiała się moja uwaga. Wiedziałem w 100% że jestem za tym, że
chcę wyzdrowieć.
To była pora na
krok drugi. Popatrzyłem na linkę rozpiętą do stanu docelowego i uznałem, że następny krok w afirmacjach to będzie
"mogę wyzdrowieć". Zacząłem skupiać na tym twierdzeniu uwagę, powtarzać je, ale znów pojawił się potężny opór. Sam nie wiedziałem czy wierzę czy nie w to, że mogę wyzdrowieć. Zacząłem więc przyglądać się myślom, które afirmacja
"mogę wyzdrowieć" przynosiła do świadomości i znów zacząłem rozbrajać pewne nielogiczne poglądy. Zacząłem poprzez wewnętrzne dyskuje, czytanie literatury, zwłaszcza duchowej, udowadniać sobie, że mogę wyzdrowieć. Minęło sporo czasu zanim opór zmalał. W pewnym momencie poczułem, że myślenie, że mogę wyzdrowieć nie budziło już oporu ale zapał, takie wielkie TAK. Wewnętrznie czułem, że faktycznie
mogę wyzdrowieć i chcę zrobić wszystko, co mi w tym zdrowieniu pomoże.
Przyszła pora na
kolejny krok. Popatrzyłem na linkę afirmacji, zobaczyłem gdzie jestem i co dalej. Co dalej to było po prostu
"zdrowieję". Tu pojawił się spory opór. Powtarzanie sobie i skupianie uwagi na myśli "zdrowieję" budziło szalone wątpliwości i opór. Owszem, wierzyłem już w to, że mogę wyzdrowieć, ale zupełnie nie byłem przekonany, że zdrowieję. Tu najwięcej mi pomogływyniki badań lekarskich, które bezapelacyjnie wskazały postęp w zdrowieniu.
Trwanie w afirmacji
zdrowieję zajęło mi sporo czasu, czułem ciągle, że jeszcze nie czas, by pójść dalej. Dopiero po kilku kolejnych miesiącach poczułem, że czas na krok ostateczny. Doszedłem do końca owej afirmacyjnej linki przytwierdzonej do wymarzonego stanu docelowego
"jestem zdrowy". To było w momencie, gdy objawy choroby były ciągle silne, pojawiły się zawirowania w leczeniu. Ale wewnętrznie po prostu poczułem by przełączyć się w stan
"jestem zdrowy" bo takie myślenie o sobie nie budziło już oporu. Co ważne - wcale według lekarzy zdrowy nie byłem. Przy afirmacjach liczyło się jednak nie to, jaki jest faktyczny stan obecny, ale to, jaki jest
możliwy dla mnie do zaakceptowania stan najbliższy wymarzonemu. A to było już owo docelowe jestem zdrowy.
Zacząłem więc afirmować sobie
jestem zdrowy, tak o sobie myśleć, tak powtarzać. Nie budziło to już żadnego oporu ani sprzeciwu, choć stan według badań medycznych wcale nie wskazywał na to, że jestem zdrowy.
Dzięki trwaniu w afirmacji
jestem zdrowy zacząłem psychicznie działać jak człowiek zdrowy. Zacząłem widzieć siebie wśród zdrowych. Zacząłem uznawać się za zdrowego. Czasem wręcz do przesady - chciałem gdzieś daleko pojechać, mimo że fizycznie nie mogłem, i dopiero żonka mnie pohamowała.
Na szczęście cały czas czułem, że owo
jestem zdrowy nie jest wymysłem ale stwierdzeniem faktu, który
w niewidzialności już został przez Wyższe Ja zmaterializowany.
O właśnie -
Wyższe Ja. Tego nie napisałem wyraźnie w powyżej historii, ale nie wyobrażam sobie stosowania afirmacji w oderwaniu od Wyższego Ja i modlitwy. Takie już moje skrzywienie. Cały czas prosiłem Wyższe Ja o pomoc i wprowadzanie zmian w mojej jaźni, które wspierałyby moją drogę do wymarzonego celu. Cos na zasadzie
"Moje Ukochane WJa, wyrazam zgode na to, bys mieszalo we mnie ile trzeba i kiedy tylko trzeba, by wprowadzac zmiany, ktore sprzyjaja osiaganiu wymarzonego celu". Prosiłem WJa o inspirację i wskazywanie kolejnych kroków w przekształcaniu swego czucia się "jestem chory i chcę być chory" w docelowe "jestem zdrowy".
To dzięki inspiracji WJa mogłem odkryć kolejne kroki do afirmowania:
Stan startowy: jestem chory i chcę być chory
- chcę wyzdrowieć
- mogę wyzdrowieć
- zdrowieję
- jestem zdrowy
To od Wyższego Ja dostawałem wskazówkę, w którym momencie mogę się przełączyć na kolejną afirmację, coraz bliższą stanowi docelowemu. Zwłaszcza przy zrobieniu ostatniego kroku ze "zdrowieję" do "jestem zdrowy" gdzie nie mogłem się oprzeć na obiektywnych fizycznych faktach ale zupełnie na wewnętrznym poczuciu, że
moje zdrowie jest już faktem, który za jakiś czas dopiero objawi się w fizyczności.
Czesto tez stosowalem afirmacje pomocznicza
wszystko dzieje sie dobrze. Jestem pod niezawodna opieka i prowadzeniem Wyzszego Ja. Przydatne to bylo w trudnych chwilach gdy pojawial sie strach.
Afirmacje można stosować na wiele sposobów. Istnieje sporo dobrej literatury i pewnikiem sporo nauczycieli. Powyższy opis zastosowania afirmacji na moim przykładzie pokazuje, że tego narzędzia trzeba się nauczyć. To nie jest po prostu klepanie fraz "tra la la la", ale bardziej złożony proces połączony z patrzeniem w siebie, patrzeniem w odzew jaki wzbudza wewnętrznie afirmacja, gotowość do zmiany afirmacji na taką, która się wydaje bardziej prawdziwa w chiwili obecnej a jednocześnie jest krokiem w stronę stanu docelowego. I tak dalej, i tak dalej. Do tego w moim przypadku afirmowanie jest nieodłączne z oddaniem się w prowadzenie WJa i modlitwą. Po to, by wiedzieć, jaki jest następny krok. Po to, by radzić sobie z oporem, jaki afirmacja wywołuje. Po to, by nie afirmować sobie czegoś, co jest dla mnie szkodliwe. I przede wszystkim po to, by afirmacje dobierać tak, by najefektywniej dmuchały w mój wewnętrzny żagiel.
Bo afirmowanie rozumiem trochę jako takie dmuchanie w siebie, w żagiel, w żar ogniska po to, by łódkę-mnie przesuwać w określonym kierunku albo by dmuchać w te węgliki, które mają szansę zapłonąć.
Bo na cóż się przyda nawet najpotężniejsza wichura, jeśli będzie dmuchać wzdłuż mojego żagla, nigdzie mnie nie posuwając? Albo potężny miech, skierowany jednak w miejsce ogniska, w którym żaden z węgielków nie ma szansy zapłonąć. A mam wrażenie, że takie właśnie zabiegi próbują wykonywać osoby, u których afirmacje nie działają mimo wkładu pracy.
Liczba wyświetleń: 894