Po miłych doświadczeniach z polem truskawkowym -
pozdrawiam 
postanowiłam - dla odmiany - poszukać MK w jego świecie.
Udało się, sceneria była odmienna. Skaliste pustkowie.
MK stał i zwijał dość grubą linę. Ciągnął ją nie wiadomo skąd i narzucał sobie zwoje na rękę. W pierwszej chwili skojarzyło mi się to z cumowaniem jachtu, ale skąd by w tych górach skalistych jacht... Dookoła nic i jakoś mroczno. Zdecydowałam się zagadać.
- Cześć!
- Cześć
- Co robisz?
- Zwijam linę. - A czego ja się spodziewałam, hm.
- Po co?
- Do przejścia - Odkrywcze niezwykle. Chociaż przyznaję - początkowo miałam wrażenie, że będzie chciał schodzić do jaskini, ale nie...
- Dokąd?
- Na drugą stronę
- Na drugą stronę czego?
- Na drugą stronę życia. - Zaczęło się robić ciekawiej.
- Nie masz już dosyć? - zapytałam, bo lina wydawała się nie mieć końca.
MK popatrzył na zwój, potem na linę ciągnącą się znikąd i stwierdziwszy - Aha, dosyć. - szarpnął ją energicznie. Koniec liny opadł na ziemię, a MK ruszył w stronę urwiska. Ja za nim.
- Muszę tam przejść - przed nami rozciągała się ogromna przepaść. Skały po drugiej stronie były ledwo widoczne (no, może nie mam najlepszego wzroku, ale kawał drogi do przebycia, bez dwóch zdań). MK zamachnął się i z łatwością przerzucił zwój liny na drugą stronę, bezbłędnie trafiając nim w kołek, który wziął się nie wiadomo skąd. Tak więc lina została zahaczona, a jej drugi koniec znalazł się w mojej ręce.
- Trzymaj! - MK wydał polecenie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- No co ty? - Aż mnie zmroziło. Pomyślałam, że w życiu nie dam rady.
- No trzymaj! Chcę po tym przejść - I nim się obejrzałam wskoczył na linę i swobodnym krokiem ruszył nad przepaścią. Blisko przeciwległej krawędzi zsunął się nagle i zawisł pod liną, trzymając się jej rękami i nogami. Nie wiem czy było to zaplanowane, ale wyglądało na zabawę, bo pobujał się tak kilka razy, a potem z łatwością wszedł na skałę.
- No chodź tu!
- Ale jak? - Popatrzyłam na trzymaną w ręce linę i rozejrzałam się bezradnie dookoła.
- Chciałaś iść ze mną to skacz!
Właściwie czemu nie. W takim świecie przecież wszystko jest możliwe, wystarczy o tym pamiętać. No i skoczyłam, jak Neo w Matrixie... chociaż właściwie to czułam się raczej jak owad z małymi skrzydełkami. Ale ważne, że dotarłam
- Pusto tu trochę - stwierdziłam. Ta strona wyglądała gorzej od poprzedniej, bo miejsca było mniej. Tylko pas szeroki na jakieś 4-5 metrów i pionowa skała.
- Bo teren nie zamieszkały. - MK najwyraźniej to nie przeszkadzało - Rozpalmy ognisko! - Skierował złożone dłonie na zatoczkę przy pionowej skale i ogień zapłonął.
- Albo inaczej! - MK najwyraźniej świetnie sie bawił. Zarzucił na płomienie wziętą nie wiadomo skąd płachtę i ognisko zamieniło się w kwitnące drzewo. Po czym wykonał zapraszający gest w moją stronę, a pod drzewem pojawiły się leżaczki. Sekundę później leżeliśmy sobie, popijając drinki z parasolkami.
No cóż, przyznaję - jestem pod wrażeniem. Chyba uczeń przerósł mistrza