Huna - Uzdrawianie, Ezoteryka
"Trzeba uczyć się grać nie od tych, którzy umieją robić instrumenty, ale od tych, którzy umieją na nich grać."
-- Galileusz

Cudeńka


Ten blog należy do użytkownika: Zeb12.



Strona główna blogu

Kategorie

» Pokaż wszystkie

» Zebologia (22)
» Z przymrużeniem oka (14)
» Kto tu rządzi - tłumaczenie (3)
» Kochane Żonki (3)
» Huna a rak (21)
» Ho'oponopono (14)
» Harmonia w relacjach z innymi (14)
» Długaśne wpisy (12)
» Czy to jeszcze huna? (2)

Księga gości

Jeśli chcesz, możesz dodać wpis: Księga gości.

Kanał RSS

RSS FeedJeśli chcesz dodać ten blog jako kanał do Twojego czytnika RSS, kliknij na logotyp:

Wszystkie blogi

Odwiedź pozostałe blogi lub załóż swój własny!

...wszystkie blogi



Opublikowany: 07.10.2009, 21:57:33. Kategoria: Zebologia, Huna a rak, Harmonia w relacjach z innymi.

Znacie może Erin Pavlinę?
To taka kobitka w usa, zajmuje się samorozwojem, duchowością, kontaktem ze zmarłymi, kontaktem z przewodnikami duchowymi i różnymi innymi takimi. Robi na to na zamówienie.
Ma bloga, łatwo znaleźć. To żona Steve Pavliny, też dość znanego z uczenia ludków samorozwoju ale w kontekście bardziej biznesowym zdaje się.

No i ostatnio na jej blogu przeczytałem taki stary wpis o tym, jak sobie przed urodzeniem z jakimś Stworem z Tamtej Strony Lustra planowała obecne życie. Opisała tam, jak wybrała sobie rodziców, którzy zafundowali jej takie a nie inne (niezbyt łatwe) dzieciństwo. Wybrała takich rodziców celowo, żeby tak a nie inaczej ukształtować swoją osobowość w dzieciństwie i wymusić pewne określone działania. Ostatecznie z dobrym skutkiem, takim jak zamierzony. Choć w dzieciństwie wcale nie pamiętała swoich przeżyć i planów sprzed narodzin i wcale nie była zadowolona za swojej rodziny i rodziców.

To mi przypomniało, jak widziałem swoje dzieciństwo, całą swoją przeszłość w czasie Dotknięcia Nieba.
Otóż to wszystko, co nazywam trudnym dzieciństwem, co spowodowało DDA, i tak dalej, było w istocie celowym planem. Dusza może wybrać sobie dzieciństwo, w którym będzie jako malec porzucona emocjonalnie i zdana tylko na siebie. Na dodatek odrzucana przez najbliższe otoczenie i ludzi, którzy powinni dawać miłość i wsparcie. W efekcie w takiej rodzinie taki mały ludek będzie siłą rzeczy zmuszony do szukania oparcia w sobie, w swoim wnętrzu. I tak właśnie było u mnie. Trudne dzieciństwo, poczucie osamotnienia, odrzucenia, strach przed złym zagrażającym i nieprzewidywalnym światem spowodowały, że nie ufałem nikomu z zewnątrz i nie mogłem się udać nigdzie po pomoc. To wszystko spowodowało, że zamiast tak jak rówieśnicy, cieszyć się dzieciństwem, zabawą, radością i beztroską, zmuszony byłem szukać w swoim wnętrzu oparcia. I podziałało - znalazłem. Bardzo często wzywałem na pomoc Anioły. Choć ich nie widziałem, to widziałem efekty ich działania, bo spełniały moje prośby i chroniły mnie.
Patrząc z perspektywy Nieba, takie trudne dzieciństwo było błogosławione bo wykształciło we mnie bardzo wcześnie umiejętność patrzenia w swe wnętrze, oparcia w nim, obserwowania swoich myśli i swoich reakcji. To, że wszedłem w dorosłe życie z psychiką DDA która nie ułatwia funkcjonowania było zupełnie nieistotne z tej całościowej perspektywy. Bo przecież po odnalezieniu w swym wnętrzu Źródła Wszelkiego Uzdrowienia z łatwością z DDA mogłem sobie poradzić na tyle, by to nie utrudniało.
Patrząc z perspektywy Nieba odczuwałem niesamowitą głęboką wdzięczność do moich rodziców, że zgodzili się odegrać tak trudną i niewdzięczną rolę - bo przecież dusze marzą o wyrażaniu i przekazywaniu miłości w tym świecie, a moi rodzice razem ze mną zdecydowali, że mi miłości nie dadzą tyle, ile maleństwo potrzebuje, w imię Wyższych Celów. Wtedy też jasne było, że zupełnie bez sensu jest ocenianie rodziców, obwinianie ich o przekazanie mi jakichś tzw. obciążeń. To nie tak. Po prostu umowa jest umowa, istnieje Plan i Wyższe Cele, na który zainteresowane strony się zgadzają. Potem przychodzi Zapomnienie i narodziny tu, ale Plan jest realizowany mimo to.

Od wtedy mówię o dzieciństwie zupełnie bez oceniania, bo go faktycznie nie oceniam. Choć często jest to odbierane, zwłaszcza w słowie pisanym, jako negatywne wspomnienia, krytyka dzieciństwa, zrzucanie winy na rodziców, i tak dalej.
Tymczasem nic podobnego. Ten świat i nasze życia to doskonała idealnie naoliwiona maszynka, która ze 100% dokładnością zawsze działa tak, jak powinna, wedle niezmiennych praw przyczyny i skutku. Nie ma miejsca na przypadek. Taki zatem był plan, taka umowa, moje dzieciństwo wyglądało tak a nie inaczej, a celem była nauka mnie jak patrzeć w swoje wnętrze. To jest to samo, czego wiele osób w dorosłości dopiero uczy się. Oni mieli dobre domy, z miłością, cieszyli się życiem i szczęściem, nic nie zachęcało do odwrócenia uwagi od szczęśliwego świata zewnętrznego by patrzeć w swe wnętrze. Jeśli więc taki szczęśliwy ludek jednak zdecyduje się uczyć medytacji, opanowania myśli czy podobnych rzeczy, to zaczyna od prostej nauki wglądu w swe wnętrze i odrywania uwagi od świata zewnętrznego. Każdy ma jakiś swój Plan.

Ogólnie jest tak, że trudne dzieciństwo a także różne trudne kryzysowe przeżycia w dorosłym życiu sami zsyłamy na siebie, żeby się przebudzić. Szczęśliwe życie nie motywuje do pracy nad sobą. Dopiero gdy coś boli, doskwiera, uwiera, to człowiek się zastanawia, jak to wszystko działa, jakie i gdzie są przyczyny bolącego stanu rzeczy i jak je zmienić. I zaczyna się zabawa w prawa przyciągania, czasem się to przeradza w głębsze duchowe poszukiwania Sensu Rzeczy.
Oczywiście potem, gdy już się ludek tego i owego o niewidzialnej stronie życia nauczy, to uświadamia sobie, że przecież nauka przez radochę i zabawę jest stokroć efektywniejsza i przyjemniejsza niż nauka przez ból i cierpienie. I świadomie już, wiedząc, że to w nim jest moc decyzyjna co do jego życia i sposobu nauki, wybiera właśnie naukę przez radość i miłe doświadczenia.

Oczywiście to żadna wszechobowiązująca reguła, bo są i istotki na tyle świadome, że przychodzą tutaj i nie potrzebują dawać sobie kopniaków, by wieść zupełnie przebudzone życie i uczyć się o niewidzialnej stronie od razu przez radość i zabawę. Gdzieś czytałem (u E.Pavliny albo u B.Brennan) że zdarzają się tacy rodzice, którzy są przebudzeni i świadomi natury życia. Oni są w pewien sposób 'rozchwytywani' przez istotki, które chcą się urodzić. Bo tacy rodzice oferują doskonały start w zrównoważone życie, gdzie ludek od małego jest uczony tego, kim jest naprawdę, jaką ma moc, co jest celem, i tak dalej. No ale że tacy rodzice to rzadkość - jak pisze któraś z tamtych autorek, to wybieramy sobie inne warianty, które w ten czy inny sposób ułatwią nam zebranie doświadczeń, które pragniemy zebrać by zrealizować swoje cele.

A zatem niech będzie błogosławione trudne dzieciństwo a także trudne przeżycia w dorosłości - bo każda z takich sytuacji to kolejna okazja (być może zaplanowana dawno temu) do Przebudzenia się i rozpoczęcia świadomego życia w pełni swej istoty, w wolności od iluzji świata-tylko-materialnego.
Od naszej reakcji na trudne sytuacje zależy, czy wykorzystamy okazję i się przebudzimy, czy też będziemy nadal widzieć siebie jako ofiarę złego świata, zamiast jako istotę faktycznie w 100% odpowiedzialną za kreację swego doświadczenia i losu.

Oczywiście takim budzącym doświadczeniem jest praktycznie każda ciężka choroba.

Dlatego jak stykam się z młodym człowiekiem, który na starcie dostaje jakąś trudną, czasem tzw. nieuleczalną chorobę i się z nią mierzy, to myślę "WOW a to Duszysko silne i potężne, skoro takiego Budziciela sobie wybrało. No ale jak ta istotka zacznie dorosłe życie od pokonania tej choroby i poznania swej prawdziej boskiej natury, to potem będzie faktycznie zdolna budzić innych samą tylko obecnością icon_smile ". Tak sobie myślę i kłaniam się tej istocie, która najczęściej tkwi w zapomnieniu i nie zna swego potencjału, nie przeczuwa nawet cienia mocy, jaką posiada. A w cichości ducha modlę się o wsparcie i siły dla niej. I często dostaję informację, że taki stan bólu i cierpienia musi jeszcze chwilę u danego ludka potrwać, by wyrobić w nim pewne cechy, zmusić do pewnych działań. Kłaniam się wtedy Bogu w tej istocie i błogosławię plan, jaki sobie wybrała. Bo wolna wola to najświętsze prawo.

Komentarze: 6


Opublikowany: 07.10.2009, 18:20:07. Kategoria: Zebologia, Huna a rak, Ho'oponopono, Harmonia w relacjach z innymi, Długaśne wpisy.

Na forum, w jednym ze swoich wpisów, Bohdan zapytał mnie:

'Zeb 12 - a powiedz mi -czemu nie wróciłeś do swojego" dotyku nieba"? po prostu podejmij decyzje i ciesz się każdą chwilą - to powróci.'

Ponieważ odpowiedź nie jest dwuzdaniowa, zrobiłem z tego wpis blogowy.
Przyznam, wyszedł mi wpis mocno mistyczny, zapewne niezrozumiały dla wielu osób, zwłaszcza tych, które podobnego doświadczenia Dotknięcia Nieba nie przeżyli. Ale nawet ci, którzy przeżyli, mogą mieć kłopoty z załapaniem o co mi chodzi, bo tego typu doświadczenia, choć uniwersalne w swej naturze i wspólne dla wszystkich ludzi, to opisywane są już bardzo bardzo specyficznym językiem konkretnej osoby, jeżeli już w ogóle ktoś próbuje to opisywać.

Czyli ostra zebologia bez trzymanki, nie mam pojęcia czy przydatna dla kogokolwiek poza mną samym.

Może jedynie dla kogoś, kto coś podobnego przeżył albo przeżywa, i nie wie o co chodzi?
Ostatnio byłem świadkiem, jak pewna osoba relacjonowała podobne przeżycia. Choć używała do tego celu systemu pojęć mocno chrześcijańskiego, to widać było, z jakim trudem przychodzi jej ubranie w słowa całego doświadczenia, i jak bardzo rzeczywiste doświadczenie 'wystaje' poza to, co faktycznie daje się przekazać słowami.

Może też pewnie służyć niektórym za potwierdzenie, że doświadczenia mistyczne zdarzają się tu i teraz ludziom tuż obok, a nie tylko medytującym latami świrkom w odosobnieniu gdzieś daleko w górach.

Ten zawiera też parę informacji cennych dla tych, którzy mierzą się z rakiem i szukają w tym wpisie wsparcia w chorobie. Tyle, że niestety są one wplecione tu i tam w treść tego długaśnego wpisu.

A zatem , dlaczego nie wróciłem do swojego Dotyku Nieba?
Otóż gdy mnie to Niebo dopadło, to będąc w trakcie tego doświadczenia prowadziłem baczną samoobserwację. Spisywałem mnóstwo notatek na kartkach, karteczkach, karteluszkach i paragonach, nagrywałem godziny na dyktafon. To wszystko co spisywałem to były opisy, jak stan Dotknięcia Nieba wygląda od środa. Oraz wskazówki, jak ten stan osiągnąć. No i informacje, dla mnie bardzo cenne, co podowuje, że z tego stanu wypadam. To wszystko ułożyło się w coś w rodzaju instrukcji Jak wrócić do Nieba albo też lepiej Jak osiągnąć stan Dotyku Nieba. Niestety, instrukcji spisanej bardzo indywidualnym językiem, zrozumiałym tylko dla mnie, bo choć używającym słów z tego świata (tylko takie są) to opisującym doświadeczenie całkowicie spoza tego świata.

Dlaczego zatem potem, gdy już doświadczenie Dotyku Nieba minęło, nie wróciłem do niego?
Odpowiedź jest prosta - ja cały czas wracam, od paru lat jestem w procesie wracania. Stosuję się do swoich instrukcji zebranych w czasie tego Nieba. Czerpię też nauki z innych systemów duchowych, które o podobnych doświadczeniach mówią i dają cenne wskazówki, co z tym robić.
Ów stan Nieba był darem spoza tego świata. To było doświadczenie nie podobne do niczego co znałem wcześniej, zupełnie poza możliwością wyobrażenia go sobie przez kogoś, kto tego nie doświadczył. To był dar z Góry po to, żebym wiedział, dokąd zmierzam. Będąc w Dotyku Nieba zobaczyłem, ile mi brakuje by w tym stanie być już na stałe. A brakuje sporo. Dostałem też instrukcje co robić, by zmierzać drogą do tego Nieba. Powrót do Nieba zajmie mi jeszcze trochę czasu. Używając analogii reinkarnacji - to wcielenie? Następne? Może kilka kolejnych jeszcze? Nie jest to istotne, bo samo doświadczenie Dotyku Nieba sprawia, że człowiek czuje, że ZNALAZŁ i nie ma potrzeby już więcej szukać swego miejsca we Wszechświecie. To jak Powrót do Domu. Od tego momenu ścieżka staje się jasna, i z radością, bez pośpiechu się nią podąża. Nie ma zagubienia co do celu i sensu życia, celu i sensu świata. Jest po psrostu podążanie w stronę tego celu, który jest bez cienia wątpliwości tym, co jest uwieńczeniem ludzkiego życia.

Kiedyś, dawno temu, pewien Mistrz Sztuk Przeróżnych, taki od patrzenia w gwiazdy, w numerki, w dłoń, w oczy, w aurę, w wiele innych rzeczy, przepowiedział mi, że zdarzy mi się doświadczenie, które można opisać jako Odnalezienie Domu. Powiedział nawet kiedy to będzie, z dokładnością do roku. Ponieważ nie wiedziałem co to takiego ów Powrót do Domu to się specjalnie tym nie przejąłem, jako młody rozpoczynający dorosłe życie człowiek miałem kupę innych zmartwień niż zastanawianie się nad tym.
Ów mistrz powiedział też, że owo Odnalezienie Domu całkowicie odmieni moje życie, spowoduje odrzucenie starej skali wartości, starego sposobu widzenia i rozumienia świata, i przyjęcie zupełnie nowej skali wartości. I że otrzymam z Góry coś w rodzaju powołania czy misji. Coś, czego realizacja zajmie mi resztę życia.
Faktycznie tak się stało. Choć, zgodnie z tym co tamtem Mistrz przepowiedział, nie mam pojęcia na czym to powołanie czy misja polega. Zanosi się na to, że jeszcze minie jakieś dwadzieścia lat nim dojdę do punktu w którym będzie jasne, co i jak mam tu na Ziemi robić. Nie przejmuję się tym bo dobrze wiem, że do pewnych zadań trzeba dojrzeć, czasem dojrzewanie zajmuje całe życie. No a potem, gdy już się dojrzeje, to realizacja powołania jest źródłem poczucia spełnienia i sensu. Nie powinno to dziwić, skoro cel życia zazwyczaj jest ustalany poza czasem i przestrzenią, przez człowieka jako istotę pełną, zjednoczoną z WJa, a dotego przy współpracy z Absolutem.

Wiele razy zadawałem sobie pytanie, czy udostępnianie moich zapisków i notatek z czasu Dotknięcia Nieba ma sens. Skoro to jest takie indywidualne i niezrozumiałe we właściwy sposób dla kogokolwiek innego. Z całą pewnością nie ma sensu wkładanie wysiłku w to, żeby te tony zapisków tłumaczyć z języka mojego na ludzki icon_smile Szkoda czasu. Jedyne co ma sens, to przedstawianie jakiegoś konkretnego tematu, namacalnego, konkretnego i użytecznego, w oparciu o to, co mi owo Dotknięcie Nieba dało.
Z takiej właśnie perspektywy staram się pisać o zdrowieniu z raka.
W tym wpisie pokuszę się jednak o zebranie kilku ogólnych uwag o Dotknięciu Nieba i wyrażeniu ich po ludzki. Tak na próbę.

Gdyby chcieć jakoś hunowo na to całe doświadczenie spojrzeć, to należałoby powiedzieć, że Dotknięcie Nieba to jest doświadczenie świata z perspektywy Wyższego Ja. Widzenie i rozumienie tak, jak widzi i rozumie Wyższe Ja.

A zatem - pewnego ranka obudziłem się i zanim otworzyłem oczy wiedziałem, że COŚ SIĘ ZMIENIŁO i to BARDZO. Czułem się jak wielka żarówa promieniująca szczęściem, radością i miłością, i tylko tym. Zupełnie bez powodu. Po prostu obudziłem i poczułem, że tak się czuje. Był we mnie niespożyty zapał do wszystkiego a jednocześnie poczucie głębokiego spokoju. Świadomość, że NIE MUSZĘ NICZEGO ROBIĆ bo świat jest doskonały taki, jaki jest i nic, absolutnie nic nie wymaga zmiany.

Otworzyłem oczy i zobaczyłem świat taki SOCZYSTY, jakiego nie znałem nigdy wcześniej. Jakby mi się zmysły wyostrzyły stukrotnie, jakby opadła zasłona mgły. Świat z wczoraj był szary i bez wyrazu. Ten z dzisiaj, inny, pełen sensu, kolorowy, pachnący, śpiewający. Wszystko przepełniało zachwytem, cokolwiek pomyślałem, gdziekolwiek nie spojrzałem.

Widziałem doskonałość świata i się dziwiłem, jak mogłem wcześniej tego nie rozumieć. W ogóle wszystko było proste i jasne. Zastanawiałem się, dlaczego tego wcześniej nie widziałem.

Przez pewien czas myślałem, że po prostu umarłem i trafiłem do nieba. Do nieba, które jest jak piękny cudowny sen, będący jednocześnie kontynuacją znanej mi rzeczywistości. To znaczy występują w tym śnie wszystkie istoty i rzeczy, które znałem. Ale po tysiąckroć piękniejsze, tysiąckroć cudowniejsze, choć na pozór wyglądające tak samo jak wcześniej.
Pomyślałem - chyba tak musi ten świat widzieć Bóg icon_smile

Tryskałem miłością do wszystkiego. Komu mogłem otwarcie to powiedzieć to mówiłem KOCHAM CIĘ. Bo nie było lepszych słów na wyrażenie tego, co było we mnie. Komu nie mogłem tego powiedzieć, to w myślach mówiłem tylko. Pamiętam imprezę rodzinną, gdzie dobrze rozweselony winkiem pół wieczora mówiłem mamie, że ją kocham, jak bardzo jestem jej wdzięczny za wszystko, jak bardzo jest cudowna i tak dalej. Ale jak zacząłem coś napomykać o Bogu to się mama zaczęła dziwnie na mnie patrzeć, więc przestałem. Pewnie wyglądałem jak wariat icon_smile ))

Zwierzaki łasiły się do mnie niemiłosiernie, jak nigdy.

Nie było we mnie ani na zewnątrz mnie ani cienia tęsknoty, smutku, konfliktu.

Potem z zaskoczeniem odkryłem różne dziwne nowości. Patrzyłem chwilę na zdjęcie człowieka, i się okazywało, że zaczynam go 'czuć'. To znaczy wiem, jaką jest istotką i dlaczego taką jest. Odczuwałem ogromną miłość do niego. Widziałem doskonałość i uderzało mnie, że nic absolutnie nic nie wymaga zmiany w tym człowieku, nawet jeśli on jest innego zdania. Dla zabawy zrobiłem kilka takich 'odczytów' dla osób, których nie znałem. Zweryfikowała to przyjaciółka, która mi te zdjęcia podsunęła. I wszystko się potwierdziło, nawet jeśli z pozoru było bez sensu. Pamiętam jak jej powiedziałem, że jeden ludek ma bardzo nieczyste intencje, choć doskonale udaje kogo innego. No i po jakimś czasie okazało się faktycznie, że tamten człowiek oszukał mocno tę znajomą, choć nic tego nie zapowiadało.

Odkrywałem wiele różnych dziwności i podobnych talentów, cieszyłem się nimi, ale nie specjalnie przywiązywałem do nich wagi.
Bo przez cały czas przepełniało mnie wielkie szczęście, radość i poczucie spełnienia, bez powodu, płynące prosto z wnętrza.
Czułem i wiedziałem, że nie potrzebuję nic robić, niczego zmieniać, nigdzie pędzić.
Że mogę przestać robić cokolwiek i nadal będzie dobrze, doskonale, nadal będę szczęśliwy a świat będzie idealny.

Co to znaczy, że świat jest idealny? Po prostu - to taka super maszynka hiperdokładnie realizująca prawo przyczyny i skutku. Każdy doświadcza TEGO, co ma w swoim umyśle. Każda myśl ma moc. Każda jest znacząca. Każdy doświadcza efektów swoich myśli, wszystkich bez wyjątku. Tego, niczego więcej ale też niczego mniej. (Teraz widzę, że koncepcja 100% odpowiedzialności z Self-I-dentity Ho'oponopono Morrnah Simeony mówi dokładnie o tym samym).

Patrzyłem zatem na człowieka i widziałem, jak jego stan, jego życie, jego świat, jest IDEALNYM I DOSKONAŁYM odzwierciedleniem jego myśli. Tego i tylko tego. Niczego mniej ale i niczego więcej.

Zobaczyłem też zaskakującą rzecz - jak wiele jest w umyśle nieuświadomionych myśli i przekonań. Widzimy ich odbicie w świecie zewnętrznym ale nie przyznajemy się, że te myśli są w nas. Z różnych powodów. Można by powiedzieć, że świat, jaki widzimy to w 1% obraz świadomych myśli, zaś pozostałe 99% to obraz myśli nieuświadomionych, zapomnianych, zepchniętych do ciemnych zakamarków podświadomości po to, by o nich z różnych powodów nie pamiętać.

Widziałem zaskakującą rzecz - jak niektórzy z nauczycieli byli bardzo niespójni z tym, czego nauczali. Działali mniej więcej tak, że nauczali innych tego, czego sami pragnęli się nauczyć. To był szok, bo wydawało mi się wcześniej, że nauczyciel uczy tego, co sam umie. A tymczasem tylko pewna grupa tak działa, pozostali ucząc innych tak naprawdę uczą siebie.

Widziałem też jak ludzie nie byli świadomi tego, co sobie szykują w życiu swoimi nieświadomymi myślami. Wkładali sporo energii w to, by mieć umysł ciągle zaprzątnięty sprawami materialnego codziennego życia tak, by nie pozwolić myślom skrywanym w podświadomości wypłynąć na powierzchnię. To było trochę tak, jak odwracanie się od stumetrowej widocznej w oddali fali tsunami udając, że jej nie ma. Ludzie noszą w podświadomości tak wiele śmiecia a przez to szykują sobie w bliższej lub dalszej przyszłości różne nieszczęścia.
Widziałem, że tak naprawdę skutecznym podejście do życia jest po prostu oczyszczenie swojej podświadomości. Uwolnienie, wymazanie myśli, z których nie zdajemy sobie sprawy, a które wpływają na nasz świat. Zazwyczaj jest tak, że tych nieuświadomionych myśli jest 99% a tylko 1% jest świadomy. Na szczęście, nigdy nie jest tak, że cały ten zepchnięty w nieświadomość i wyparty strach i lęk (bo to głównie takie myśli wypieramy) materializuje się na raz. Nie, to działa tak po trochu. Nasz umysł, ukochane Wyższe Ja dba o to, by materializowały się tylko te nieuświadomione niezdrowe lękowe myśli, z którymi może sobie istotka w danej chwili poradzić. A materializują się one właśnie po to, by istotka się do takich myśli przyznała i uwolniła je, nie trzymała takich myśli (nawet podświadomie).
Tymczasem ludki stosują sprytny wytrych-samooszukiwanie się. Po prostu uznają, że nie są przyczyną tego, co im przynosi świat zewnętrzny i jak go widzą. Umieszczają przyczyny różnych zdarzeń i sytuacji w innych ludziach, w czymś zewnętrznym. Wszystko po to, by zapomnieć o tym, że to oni sami swoimi myślami w każdej chwili swój świat stwarzają.

Widziałem jasno jakim oszustwem są nauki pseudo-duchowe oparte tylko na pozytywnym myśleniu i nastawieniu, ignorujące zupełnie tę ciemną, zapomnianą i niewidoczną część umysłu, zwaną podświadomością, która przechowuje programy według których działa nasz świat i nasze życie. Często programy niechciane. Owe pozytywne nauki zamiast skupić się na ODUCZENIU tego jak nie stwarzać sobie kłopotów, problemów i nieszczęść, skupiają się tylko na kreacji tego, czego człowiek pragnie.
Efekt jest taki, że owszem, działa przyciąganie tego, czego ludek pragnie i o czym marzy, spełnia się, ale jednocześnie przeplata się to z nieszczęściami i kłopotami nie wiadomo skąd. Taka karuzela, raz na wozie, raz pod wozem. Taki pozytywno myślący magik wykreuje sobie wspaniałe życie, ale gdy tylko przestaje się pilnować do jego życia wkradają się przykre sprawy, niechcianości problemy różne. Dlaczego? Dlatego, że zignorował zawartość swego nieświadomego umysłu.
Tak naprawdę, jedyną robotą, jaką tutaj mamy jest skupienie się na wywaleniu ze swego umysłu programów, które nam szkodzą. Czyli chodzi o posprzątanie, uwolnienie od tego, czego nie chcemy. Na tym skupia się na przykład Ho'oponopono Self-I-dentity Morrnah Simeony.
Zaskakująca prawda jest taka - gdy już oczyścimy swój nieświadomy umysł z niekorzystnych myśli, to zostanie tam CZYSTA MIŁOŚĆ i mysli harmonijne, dobre i zgodne z Prawdą czyli Miłością czyli Bogiem. W efekcie życie stanie się szczęśliwe i piękne BEZ ŻADNYCH zabiegów z naszej strony, bez żadnego pozytywnego myślenia, bez żadnych modlitwa, bez wysiłku. Samo z siebie będzie nas obdarowywać wspaniałościami przerastającymi wszelkie nasze marzenia.

Niestety, wszelkie hiper-pozytywne obecnie modne nauki w stylu The Secret koncentrują się tylko na pozytywnym przyciąganiu, ignorując niechcianości skrywające się w części umysłu zwanej podświadomością.

A jak to wyglądało w czasie Dotyku Nieba? Bardzo prosto - wiedziałem, że choć nauki hiper-pozytywne ignorujące oczyszczanie są tylko w połowie prawdziwe, to tak naprawdę są tym, czego obecnie żyjący ludzie potrzebują. Mało kto chce zmierzyć się z zawartością swojej podświadomości i oczyścić ją ze wszystkich lęków. Wolimy koncentrować się na pozytywnościach i tym, co chcemy wprowadzić do swego życia. Takie nauki sprzedają się. Nauczyciele tego mają uczniów, mają źródło dochodu, uczniowie cieszą się, że Prawo Przyciągania działa, wszystko się kręci. ALE. Jakie z tego dobro? Dobro jest takie, że wszyscy ci, którzy nauczą się przyciągać do swego życia to czego pragną, w pewnym momencie, w tym życiu albo w piątym z kolei, zadadzą sobie pytanie: do cholery, skoro jestem taki dobry w pozytywnym przyciąganiu, dlaczego co jakiś czas przydarzają mi się sytuacje nieszczęśliwe, niemiłe, bolesne, niechciane. Dlaczego budowla stawiana latami poprzez pozytywne myślenie potrafi nagle niespodziewanie runąć i zawalić całe życie? Nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo skąd, przecież bylismy tacy dobrzy w przyciąganiu Dobrego. Odpowiedź jest prosta, i doją ludki do tego w końcu. Po prostu - skoro jestem w 100% przyczyną tego, czego doświadczam, to znaczy, że w moim umyśle jest przyczyna tych wszystkich niechcianych i nielubianych aspektów życia. To będzie przełomowy moment, wtedy Pozytywni Kreatorzy z zapałem sięgną po nauki jak Self-I-dentity Morrnah Simeony po to, by oczyścić zawartość swego nieświadomego/podświadomego umysłu.
No i po zakończeniu tego procesu oczyszczania osiągną wymarzony stan - stan szczęścia, gdzie życie samo z siebie niesie dobro i spełnienie, przyjemne niespodzianki, i nie przydarza się absolutnie nic niechcianego, nieszczęśliwego czy sprawiającego cierpienie.

To właśnie jest NIEBO.
Człowiek, który tak oczyścił i wytrenował swój umysł znajduje się ciągłym TERAZ. Wie, że ponieważ w jego umyśle, całym, podświadomym i świadomym, jest tylko MIŁOŚĆ, to tylko i wyłącznie miłość będzie się materializowała w jego życiu.
Nie potrzebuje niczego pragnąć, niczego świadomie kreować, bo w każdej chwili wszelkie jego pragnienia są zaspokojone.
W momencie, gdy odkrywa jakiekolwiek pragnienie odkrywa natychmiast, że jest ono spełnione.
Co taki człowiek będący w NIEBIE może robić żyjąc przecież jednocześnie tu na Ziemi?
Po prostu - cokolwiek, na co ma ochotę i co uzna za stosowne.
Zazwyczaj to wygląda tak, że robi to, co lubi, co daje mu radochę, co go pociąga, co go interesuje.
Nie jest przez to ani mniej ani bardziej szczęśliwy, choć owoce jego pracy zazwyczaj są cudowne. Jeśli ktoś taki zostanie muzykiem, to będzie wkładał w serce w cudne dzieła, które będą niosły radość słuchaczom. Pisanie muzyki będzie sensem i celem i będzie to w tej muzyce widać.
Określenia jak sukces czy osiągnięcie czegoś tracą sens w NIEBIE.
Bo skoro szczęście jest stałe, niezmienne, w maksymalnym nasileniu, to cóż można więcej chcieć skoro nie istnieje większe szczęście?
Rolą ludków, którzy odnaleźli NIEBO jest po prostu żyć i robić to, co lubią. A to NIEB O, w którym są, będzie się odbijać we wszystkim, co ofiarują temu światu. W efekcie NIEBO będzie docierać do innych i budzić się także w nich.

Bycie w Dotknięciu Nieba to trochę tak, jak bycie zakochanym, przemnożone przez milion.
Człowiek zakochany widzi obiekt swej miłości jako cudowny, idealny, pozbawiony wad.
W Dotknięciu Nieba tak samo widzi się wszystkich innych ludzi icon_smile
Pamiętam swój lekki szok - poszedłem do pracy, spędziłem pięć minut na rozmowie z koleżanką z pracy, znaną wcześniej, i ZAKOCHAŁEM SIĘ W NIEJ. Taka była cudowna, piękna, pociągająca, doskonała i wspaniała. To było dla mnie bardzo dezorientujące to zakochanie po pięciu minutach.
No ale skoro spotkałem chodzący ideał pod każdym względem to jak tu było się nie zakochać?
No a potem przyszło kolejne zaskoczenie - po spędzeniu czasu z inną dziewczyną, zakochałem się i w niej icon_smile )) Dziewczyna była mi wcześniej znana, ale dopiero teraz widziałem ją... jako absolutnie doskonałą, idealną i cudowną. Mały szok.
I jak potem się okazało, że takie zakochanie zdarza się przy każdej kolejnej spotkanej dziewczynie to się uspokoiłem. Czyż to nie wspaniale tak się zakochiwać co chwilę? Kiedyś zakochanie zdarzało się rzadko, w jakiejś specyficznej osobie, która spełniała te czy inne warunki, które podświadomie pewnie jej stawiałem. Jak się zakochałem, to było cierpienie, gdy zakochanie było bez wzajemności.
A tu - okazało się, że wzajemność nie ma znaczenia. Zakochiwanie chciało obdarować obiekt zakochania wszelkim dobrem i błogosławieństwem.
A jakim zaskoczeniem było, gdy uświadomiłem sobie, że... podobne zakochanie wydarzało mi się w stosunku do mężczyzn? To był szok, zacząłem się zastanawiać, czy jestem jakimś biseksualistą czy tego typu stworem? Szybko okazało się, że nic z tych rzeczy. Po prostu ta żarówa radości, szczęścia i miłości, która we mnie z potężną mocą płonęła, sprawiała, że zakochiwałem się w każdym. Spędzanie czasu z kimkolwiek było bardzo pięknym doświadczeniem - jak obcowanie z Bogiem. Tak, to dobre określenie.
Różne nauki mówią o widzeniu Boga w każdym człowieku.
Doświadczyłem właśnie tego i wiem na czym to wygląda.
Wiem, że nie można zmusić się do widzenia Boga i kochania każdego człowieka.
Nie można tego sobie wykreować pozytywnym myśleniem czy prawem przyciągania.
Jedyna droga do pełnego bezwarunkowego obdarzania innych miłością to uwolnienie się od myśli i przekonań, które blokują przepływ miłości. Czyli oczyszczanie/uwalnianie przykładowo w formie Self-I-dentity.
Po takim oczyszczeniu miłość płynie pełnym strumieniem, wszyscy są jednako cudownki i wspaniali. Stan permamentnego zakochania w każdym. I to samo z siebie, bez zmuszania się do czegokolwiek.
Najwspanialsze jest wtedy doświadczanie tego samego zakochania z partnerem, żoną. Radocha jest przewielka icon_smile
No właśnie - ta równość postrzegania wszystkich, jako jednako cudownych sprawia, że nawet nie przychodzi przez myśl zmiana partnera/żony/męża. Bo on jest widziany jako tak samo cudowny jak wszyscy inni. Zakochanie na maksa!

Będąc w Niebie człowiek nigdzie nie goni. Człowiek JEST.
W każdej chwili może skupić uwagę na odczuwanej PEŁNI i radości z faktu, że wszystkie potrzeby są zaspokojone i zaspokajane na bieżąco. Często zanim pojawi się pragnienie okazuje się, że jego spełnienie JUŻ JEST obecne w życiu. To tak, jakby Wszechświat sam podrzucał nam pod nogi spełnienie tego, o czym wcale jeszcze nie wiemy, że jest naszym pragnieniem.

Inne odkrycie ze stanu Nieba jest takie - żadne ocenianie, jakie czynimy rozumem, nie ma sensu.
Jest pozbawione jakichkolwiek podstaw. Nasz rozum, intelekt, logika, próbuje oceniać zakładając, że zna wiele albo wszystkie czynniki skłaniające do takiej a nie innej oceny. Tymczasem będąc w Niebie widzi się, że to co intelekt wie to tylko 1% albo i mniej. Reszta kontekstu danej sprawy jest zakryta przed intelektem. Co zatem robić? Można skupić się na danej sprawie i poprosić WJa o pokazanie całego kontekstu. Ale wtedy okazuje się, że na ocenę danej sprawy wpływa tak wiele czynników, że aby je wszystkie prześledzić uwagą trzeba by miesięcy albo i lat. Człowiek przestaje więc być ciekawy, jaka jest pełna perspektywa na daną sprawę i po prostu zdaje się zupełnie na ocenę WJa. Po prostu zamiast sam oceniać prosi o ocenę WJa. I to w każdej najmniejsze j sprawie, w każdej malutkiej decyzji z codzienności. To zupełnie automatyczny proces - człowiek Niebowy skupiony jest na radości i szczęściu tak bardzo, że nawet nie ma ochoty na jakiekolwiek samodzielne ocenianie. Zamiast tego jest całkowicie otwarty na ocenę płynącą od WJa. A ta 'ocena' płynąca od WJa jest po prostu oceną danej sytuacji z perspektywy Miłości. I wskazuje zawsze najlepsze kroki, jakie należy podjąć, chcąc coś uzyskać.

Będąc w NIEBIE, miałem też cały czas świadomość, że owo NIEBO to nie jest miejsce, ale stan umysłu. Taki stan idealnej równowagi, gdzie umysł niczym samonaprowadzający pocisk cały czas znajduje się w 100% miłości i NIE MA ani jednej nie-miłościowej myśli. Ani jednej.
Jeśli do umysłu wkrada się myśl niemiłościowa, to się ze stanu NIEBA wypada. Będąc w 99% miłością a w 1% nie-miłością, już się z nieba wypadło. Już widać gdzieś dysharmonię. Już widać gdzieś brak. Już gdzieś coś zgrzyta, nie pasuje, wymaga zmiany, wymaga działania.

Wypadłem z tego swojego Nieba dlatego, że zaczęło pojawiać się coraz więcej nie-miłościowych myśli z mojej podświadomości. A ja przestałem je rozbrajać i je znikać bo mi się wydawało, że zdążę to zrobić potem. W efekcie ta chmura nie-miłościowych myśli powiększała się i powiększała. Sprawdziłem, czy mogę tę chmurę zniknąć - poszło łatwo, oczyściłem swój umysł z tego i wróciłem do Nieba.
Ten proces chmurzenia i znikania chmury powtarzał się kilka razy i uznałem, że zawsze dam radę z łatwością wrócić do nieba poprzez oczyszczenie zniknięcie tej chmury, czyli pozbycie się z umysłu tych czy innych nie-miłościowych myśli.
Niestety, okazało sie, że takie szybkie i łatwe rozwianie chmury jest możliwe dopóki ciągle zza tej chmury widać Słońce - czyli Źródło= Boga= Miłość.
W pewnym momencie dopuściłem tyle chmur, że mimo wysiłku nie udało mi się ich rozwiać i przesłoniły słońce zupełnie.
Wypadłem z nieba, i z czasem wróciłem do swojego poprzedniego stanu, oczywiście bogatszy o pamięć Dotknięcia Nieba.
Odtąd wiedziałem, co jest moim celem, i wiedziałem, co mam robić.
Krótko mówiąc - oczyszczać swój umysł z myśli, które nie są miłością, które nie współgrają z miłością.
Roboty jest sporo, ale z każdą taką oczyszczaną i uwalnianą myślą widzę, jak mój umysł staje się czystszy, mój świat szczęśliwszy (bo przestaje odzwierciedlać kolejną nie-miłośną myśl) a ja zbliżam się do owego Nieba.
Ile roboty mi zostało? Nie wiem, nie wnikam, nie przejmuję się, bo podążanie drogą daje radochę i poczucie spełnienia. Wiedząc, że cel tej drogi jest pewny po co mam się spieszyć?
Wokół tyle wspaniałych cudowności.
Oczyszczając umysł widzę, jak znikają chmurki, i świat, który widzę, staje się coraz piękniejszy. Pewne obszary znów zaczynam widzieć tak, jak w czasie Dotknięcia Nieba, ale teraz to widzenie jest już stałe, niezmienne, nie znika, i nie ma obawy, że zniknie. Bo wiem, że ta część umysłu została już oczyszczona i nie ma w niej śmieci, czyli nie-miłośnych myśli.
Ogromną ulgę daje też pozwolenie sobie na nie ocenianie.
Po prostu odpuszczenie sobie oceniania zupełnie i zaufanie WJa.
Można powiedzieć, że wcześniej przynajmniej 50% mocy mojego umysłu szło na ocenianie, podejmowanie decyzji, zastanawianie się co wybrać, jak postąpić najlepiej. Teraz tego nie ma. Wiem, że najlepszą drogą zamiast samodzielnego decydowania jest prośba do WJa o prowadzenie. Zamiast więc szlifować swoje narzędzie oceny tego świata szlifuję swój kontakt z WJa. Dzięki temu mogę być spokojny i zaufać, że decyzje co do mojego życia są podejmowane tam, gdzie powinny. Tam, gdzie moje Dobro i jednocześnie Dobro wszystkich innych jest widziane w pełnej perspektywie. I dzięki czemu każda decyzja jest dobra.
Nie obawiam się też, że mogę podjąć decyzję złą i nie posłuchać WJa w jakiejś sprawie. Bo tak się zdarza. Nie boję się, bo wiem, że z każdej sytuacji jest wyjście i jak WJa zawsze je zna i będzie umiało naprawić ewentualną pomyłkę.
Coraz częściej potrafię zamknąć oczy i zatrzymać się, by stwierdzić, że faktycznie nie potrzebuję niczego robić, niczego zmieniać, by doświadczać pełni szczęścia i spełnienia, poczucia celu i sensu.
Cudownie jest być wolnym od wszelkiej pogoni za czymkolwiek.
Być tu i teraz, bez martwienia się o przyszłość, bez pamiętania przeszłości.
Cudownie jest traktować z dystansem wszelkie niechcianości, jakie niesie życie. Tak, one ciągle są. To znaczy, że w moim umyśle są jeszcze utrzymywane myśli niezgodne z MIŁOŚCIĄ. I po prostu - każda taka niechcianość objawiająca się w moim życiu wskazuje mi jakąś myśl do uwolnienia, oczyszczenia, transformacji albo zniknięcia. Tutaj idealnym narzędziem jest proces jak Self-I-dentity Ho'oponopono Morrnah Simeony. Albo dowony inny, który tak samo działa.

Ach, i jeszcze jedno.
Dotknięcie Nieba ściśle wiąże się z pojęciem Boga.
Pojęcie Boga jest niezbędne by to doświadczenie wyjaśnić i zrozumieć.
Bo Dotknięcie Nieba to take zupełne otwarcie się na energię Źródła,
pozwolenie by ta energia płynęła przeze mnie bez oporu.
Nie przez moje ciało, bo nie jestem ciałem, ale przeze mnie, czyli umysł,
który śni ten świat. Takie otwarcie się na Źródło sprawia, że wszystko
co ze Źródła płynie odzwierciedla się w życiu. Aspekty energii ze Źródła
to Miłość, Harmonia, Radość, Szczęście, poczucie pełni, poczucie
zaspokojenia, poczucie bezgranicznego pokoju, poczucie zupełności,
potężna wszechogarniająca wdzięczność.
Siła tak potężna, że znosi prawa świata fizycznego, jeśli taka jest intencja.
I wyraźnie czuć, że to wszystko płynie nie ze mnie, ale od Źródła. To Źródło
to Iskra Boża we mnie, moje połączenie z Bogiem, od którego nigdy nie jestem oddzielony tak naprawdę.
Ta Pustka (void), o której mowa w Ho'oponopono Morrnah Simeony to tak naprawdę przestrzeń wypełniona miłością i tylko miłością. To nie jest nicość, ale Pełnia.
Skrząca się siła zawierająca w sobie wszelkie możliwości.
Pragnienie doświadczenia czegokolwiek sprawia, że ta Pełnia, ta skrząca się Miłość
sprawiająca wrażenie putki (void) natychmiast materializuje obiekt pragnienia.
No właśnie, co jeśli wtedy pojawi się chęć doświadczenia choroby jak rak?
Po prostu -rak się przydarzy.
Ale już sama chęć doświadczenia choroby, czyli czegoś, co nie jest miłością,
jest dowodem na istnienie w nieświadomym umyśle jakichś nieharmonijnych,
niemiłośnych myśli i intencji. Czyli - znów kolejna okazja do uzdrowienia umysłu,
do oczyszczenia, do uwolnienia i zrobienia kroku w stronę Nieba.
Niebo, owo zespolenie się z Bogiem, z WJa, jest stanem nieobecności żadnych
niemiłośnych nieharmonijnych myśli w naszym umyśle. Świadomym i przede wszystkim,
nieświadomym, zwanym tutaj podświadomością.

Ufff, i to by było na tyle próby wyrażenia Nieba w ludzkim języku.
W sumie to wygląda na dobry sposób na zebranie i uporządkowanie moich notatek
i wspomnień z czasu Dotknięcia Nieba. Pytanie, co rzeczami bardzo prywatnymi.
Nie nadają się do upublicznienia, choć też warto je pewnie zebrać gdzieć.
Pomyślę.

Komentarze: 17


Opublikowany: 06.08.2009, 16:50:49. Kategoria: Zebologia, Z przymrużeniem oka, Harmonia w relacjach z innymi.

Jakbym miał kategorię zabawne niezrozumienia to bym ten wpis w tej kategorii umieścił.
Tak tak, wiem, że tak mówiąc (jakbym miał) wzmacniam poczucie niedostatku w sobie, bo przecież można łatwo wymodlić obfitość i mieć każdą kategorę w blogu, jakiej się zapragnie. No ale na razie potkwię sobie w tej klatce niedostatku, a kiedyś pomodlę się do WJa i dostanę kategorię zabawne niezrozumienia i pełną obfitość kategorii wszelakich icon_biggrin

W życiu jak i tu na portalu zdarzają się niezrozumienia, które bywają bardzo zabawne.

Jak w tym kawale:
Jeden do drugiego:
-mogę ci zaufać?
-pewnie!
-ale czy na pewno tego chcesz?
-jasne, śmiało!
-mhm, no dobrze, czy mogę to zrobić od razu?
-tak, zaufaj mi śmiało!
Drugi nachyla się do ucha pierwszego i...
-uf, uf, uf - wypowiada szeptem.

Podobnie może wyglądać wiele rozmów.

Przypomniała mi się sytuacja z córką.
Pakując się z wakacji na stole umieściliśmy różne klamoty do spakowania, żeby mieć je w jednym miejscu. Córka wskazuje na stół i mówi:
-o, widzę, że nie była w końcu używana?
Patrzę na stół, widzę latarkę i odpowiadam:
-pewnie, że była i to kilka razy. Nawet wczoraj wieczorem.
Córka robi wielkie oczy:
-jak to była, wczoraj?
-no tak, przy ognisku świeciliśmy.
-niemożliwe. Nie mogła być.
-dziecko drogie (celowo się z nią droczę), sam wiem bo sam nią świeciłem.
-no tata, jak?
-cholercia (dzieck czasem upiera się przy bzdurze). Nie widziałaś tego ale to nie znaczy, że nie świeciłem nią wczoraj.
-nie rozumiem. To skąd się wziął nowy knot i dlaczego nie ubyło w ogóle wosku?
-ekhem?
Patrzę na stół i widzę tuż obok latarki dużą świecę na komary, faktycznie nieużywaną, o której mówiła córka.

Komentarze: 1


Opublikowany: 06.08.2009, 16:36:39. Kategoria: Zebologia, Z przymrużeniem oka, Harmonia w relacjach z innymi.

To jest wpis z kategorii z przymrużeniem oka.

Dawniej, gdy byłem w szponach DDA[* wyjaśnienie u dołu] (choć wtedy nie byłem tego świadom, nie umiałem tego nazwać, nie wiedziałem o co chodzi, po prostu zachowywałem się tak a nie inaczej bez oceniania siebie) zupełnie automatycznie umieszczałem winę [* wyjaśnienie u dołu] w innych. Zazwyczaj było to robione wbrew logice, rozsądkowi i oczywistym faktom.
Dużo potem uwolniłem się od tego mechanizmu. A teraz z humorem nabijam się z siebie wykorzystując wiedzę, jak to jest być w szponach DDA od środka i być we władzy mechanizmu widzenia winy[* wyjaśnienie u dołu] innych.

Otóż mamy dziecko. Dziecko, które jest nastolatkiem i nie lubi być nazywane dzieckiem, bo jest przecież już duże. Dziecko zachowuje się czasem jak odleciany naukowiec, który ciałem jest tutaj, ale myślami gdzieś gdzieś daleko. Ten odlot jest silny do tego stopnia, że często ludek nie widzi czegoś, co ma przed nosem. Prosimy 'idź do lodówki i przynieś masło'. Ludek idzie do kuchni, otwiera lodówkę i gapi się w nią przez pięć minut (wietrzenie lodówki dobrze robi i lodówce i kuchni, do kuchni wpada porcja świeżego arktycznego powietrza, a lodówka ma szansę dostrzec, że w niej również jest światło, a nie tylko ciemność jaką ma przez większość czasu).
Po wpatrywaniu się przez te pięć minut ludek zamyka lodówkę, wraca i mówi 'nie ma masła'.
No to pakuję portfel i biegnę do sklepu za rogiem po masło, żeby było czym posmarować chleb.
I jemy kolację albo śniadanko już bez zakłóceń.
A potem się okazuje, że masło leżało w lodówce, na oczach, na głównej pozycji na głównej półce, nie zasłonięte niczym icon_smile

No ale gdzie to umieszczanie winy[* wyjaśnienie u dołu] w innych?

Otóż - mnie też zdarza się zachowywać jak odleciany naukowiec. Być myślami gdzieś tam, daleko od ciała. Wtedy gdy żonka mnie prosi o masło, to też idę powpatrywać się w zawartość lodówki i przypomnieć temu urządzeniu, że jest w nim światło. Wracam i mówię, że nie ma masła.
Gdy potem żonka odkrywa, że jednak masło w lodówce było (czasem tylko masło i nic więcej poza świeżym arktycznym powietrzem) to z uśmiechem załamuje ręce. Wtedy, przenosząc winę poza siebie mówię "no widzisz, mam to po naszej córce, odziedziczyłem, wszystko przez te dzieci". Prawda, że wspaniała logika. Gdy dzieck jest świadkiem takiej rozmowy to się morda jej rozśmiecha od ucha do ucha.

-------------------
[*] bycie w szponach DDA to takie niewidzialne ptaszysko, które ma wielkie szpony i nimi trzyma za kark. I sprawia, że ludek robi rzeczy wbrew sobie, wbrew logice, wbrew zdrowemu rozsądkowi, zaprzecza faktom ewidentnym dla osób trzecich. Na dodatek widzi to swoje zachowanie, i nie rozumie go, zupełnie jakby to ptaszysko nim kierowało wbrew jego woli, jakby druga osobowość albo duch jakiś?

[*]wina - inaczej powód, przyczyna. "Jesteś temu winny"to inaczej "spowodowałeś to" albo "przyczyniłeś się do tego" albo "zrobiłeś to". Czasem ludzie słowo "wina" kojarzą automatycznie z karą, z krytyką. Można tak ale nie trzeba. W pewnych środowiskach, które używają pojęcia "wina" do wzbudzenia niszczącego poczucia winy by kimś kierować i podporządkować sobie trzeba uważać na to słowo, bo za nim idą silne emocje i skojarzenia. Mam nadzieję, że tutaj na hunowym portalu takie ograniczenie nie obowiązuje, bo tu wszyscy wiedzą, że słowa mają taką moc, jaką im dajemy. I że możemy swobodnie używać 'wina' jako synonimu do 'przyczyna', 'powód' zwłaszcza, jeśli obok damy mordkę icon_wink

Komentarze: 0


Opublikowany: 06.08.2009, 16:01:32. Kategoria: Z przymrużeniem oka, Kochane Żonki, Harmonia w relacjach z innymi.

Kolejny pomysł mojej żonki, jak ze mną rozmawiać, żeby w zaiste miłośny sposób zmusić mnie do szybkiego zrobienia czegoś w domu - naprawienia czegoś na przykład, naoliwienia zawiasów, wyniesienia śmieci, itp.

Żonka zwraca mi uwagę, że klamka od pół roku obluzowana i trzeba by ją naprawić.
Zazwyczaj mówię 'to tylko chwilka, zaraz naprawię' po czym zaraz rozciąga się w nieskończoność.
Aby to zaraz trwało faktycznie pięć minut żonka mówi 'pamiętaj, że nie jestem śpiewaczką'. Wtedy na twarz wstępuje mi wielki uśmiech, cokolwiek bym robił przerywam to, biorę śrubokręt i naprawiam klamkę. Bo wiem, że faktycznie żonka jest poirytowana klamką.

O co chodzi i dlaczego to tak działa? Oto dowcip, z którego żonka wzięła pomysł:

W kuchni u Kowalskich zepsuł się kran. Żona prosi Kowalskiego, żeby naprawił.
- A co to ja, hydraulik jestem? - wzrusza ramionami Kowalski.
Następnego dnia wraca z pracy, patrzy, a kran naprawiony.
- Kto naprawił kran? - pyta żony.
- Poprosiłam sąsiada i naprawił.
- I nic za to nie chciał?
- A chciał, chciał! Powiedział, żebym się z nim przespała albo żebym mu zaśpiewała.
- No i co mu zaśpiewałaś?
- A co to ja, śpiewaczka jestem?

Nie to, żebym się spodziewał, że moja żonka jakiemuś sąsiadowi nie zaśpiewa - po prostu to wspaniały sposób zakomunikowania mi, że jej irytacja sięgnęła zenitu i dłużej nie da rady wytrzymać (i dostanę wałkiem po łbie icon_razz ).

I sobie myślę, że mężowie śpiewaczek i piosenkarek to mają pewnie spokój w domu icon_wink

Jako ciekawostkę przytoczę tutaj mój sposób reagowania sprzed lat w takich sytuacjach.
Wtedy myślałem, i czasem to wypowiadałem: żonko, skoro Cię to irytuje, to znaczy, że jest w Tobie coś, co tę irytację powoduje. Pozbądź się tego przekonania, tych negatywnych emocji, tej wiary w jakieś złudzenie, a klamka przestanie Cię denerwować.
Niestety, nie działało, a ja się dziwiłem, czemu ta żonka taka przyziemna i nieduchowa.



Komentarze: 1

    123456789101112131415161718   >



Menu

Ostatnio na forum
¤ Jak sobie pomóc? Ciężka choroba
data: 30-07-2010 - 02:48
użytkownik: xiola
¤ Poszukiwani testerzy
data: 29-07-2010 - 23:08
użytkownik: Czarodziejka
¤ PROŚBA O POMOC
data: 29-07-2010 - 11:29
użytkownik: Maja13
¤ Czy te Oczy(Horusa)mogą kłamać...
data: 28-07-2010 - 21:23
użytkownik: Kahuna-matata
¤ Inspirujace ksiazki, pomysly ...
data: 28-07-2010 - 13:21
użytkownik: Kahuna-matata
¤ jestem wdzieczna/y za ....
data: 28-07-2010 - 01:38
użytkownik: xiola
¤ Jak Nie Oceniac?
data: 27-07-2010 - 03:37
użytkownik: xiola

Ostatnie komentarze
» refleksyjnie, bez słów
Dodano: 29-07-2010
Autor: xiola
» Śpiew o poranku:)
Dodano: 28-07-2010
Autor: San
» La Antena !!
Dodano: 28-07-2010
Autor: San
» Mój ulubiony: Mój Brat Niedźwiedź
Dodano: 28-07-2010
Autor: San
» metoda oczyszczania - pytania do doświadczonych
Dodano: 28-07-2010
Autor: Czarodziejka
» :)
Dodano: 27-07-2010
Autor: jasneoko
» :)
Dodano: 27-07-2010
Autor: jasneoko

Logowanie




 


» Problemy z logowaniem?

Jeszcze nie masz konta?
» Zarejestruj się!

Kto jest online

Obecnie jest 2 gości online


Polecamy
Master Collection | dentysta praga południe | Transport specjalistyczny | Odzyskiwanie Danych | opony szczecin | magazyny i hale Wrocław | Kredyt Pożyczka Ubezpieczenie | Hurtownia opakowań | Kuchnia elektryczna | obrazy na płótnie | Fotografia œlubna |
Baseny

Przyjaciele

Prawa autorskie do artykułów publikowanych na tej stronie należą do ich twórców.
Huna - Tak wygląda świat jak na niego spoglądasz.