Są takie systemy, które mówią światu "nie" i proponują zawieszenie i wycofanie. Huna natomiast mówi światu "tak" i jest to "tak" zupełnie wariackie, bo oznacza, że można zmienić WSZYSTKO, że moc kształtowania rzeczywistości jest ograniczona tylko przez nas samych. Absurdalność i odwaga założeń Huny działa tak, że albo machniemy na to wszystko ręką mówiąc bzdura, albo zaintrygowani poczniemy sprawdzać siebie w roli wszechmogących. Czy nie ma w tym czegoś z zabawy lub gry? Ufności i swobody jak w patrzeniu na świat oczami dziecka? Wolność, która płynie z tych wszystkich hunowych mądrości jest tak euforyczna, że można się jej przestraszyć. Ale można się nią też zachwycić. Ja jednak boję się tej myśli. Boję się uwierzyć w to, że mogę wszystko. Przyjmuję odpowiedzialność za wszystkie złe rzeczy w życiu, które sobie zrobiłam (sama i przez innych ludzi). Ale nie jestem w stanie uwierzyć w to, że moje życie może wyglądać wspaniale, oszałamiająco, że mogę mieć co chcę, być kim chcę, gdzie chcę, z kim chcę, że wszystko będzie absolutnie super. Jakaś część mnie po prostu to wyśmiewa i woli tkwić w tym umysłowym bagnie. Dlaczego? Nie wiem. Od dzisiaj zacznę dziękować za to, że pozwalam sobie na szczęście. Mówię absolutne i zdecydowane "TAK". Źródłem mojego cierpienia jest mój umysł, który po prostu zatruwa mnie pewnymi myślami. Mielę je umysłowym ozorem codziennie i nic dobrego z tego raczej nie wynika poza tym, że psychika mi siada na fizykę i czuję, że niektóre wampiryczne myśli ssają moją energię życiową. A więc do dzieła. Aloha to "być szczęśliwym z". W jakiś chory sposób jestem szczęśliwa z moim smutkiem. Daje mi bezpieczeństwo, stabilność. Ale smutek to strumyczek. A radość to fontanna!!! No więc dlaczego dlaczego dlaczego wolę ten strumyczek?