Hej Goldfish, to ja skorzystam z okazji i "podrążę" bo jakoś nic z moich własnych przemyśleń do tej pory nie wyniknęło.
"Zacznij skupiać się na celu a nie na pieniądzach. Twoje NJ dostaje wiadomość, że chcesz mieć dużo kasy, ale nie wie na co, albo za dużo celów. Wybierz jeden dobrze umotywowany cel, a skąd kasa niech cię nie obchodzi."
Hmm...no to wydaje mi się dość skomplikowane. Wiesz, do tej pory żyłam "z dnia na dzień". Jakoś tam się zarabiało, to coś dali Rodzice. Jakoś szło. No i jeszcze to poczucie pewności, że jak się noga podwinie to jednak jest się do kogo zwrócić o pomoc. Wiesz, moim celem podstawowym jest po pierwsze stały regularny dopływ gotówki, który pozwoli mi na zaspokojenie moich najelementarniejszych potrzeb typu jedzenie, zeszyty, opłacenie pokoju itp. Chyba nie jestem jeszcze na tyle zaawansowana w Hunie, aby zdać się na to, że kiedy będę potrzebowała pieniędzy powiedzmy na opłatę czesnego za semestr to one jakimś cudem/przypadkiem/zrządzeniem losu się znajdą. Albo że w drodze do sklepu znajdę pieniądze na ulicy. Jasne - to też jest fajne, ale wymaga olbrzymiej wiary i zaufania.
"Potrzebna jest nie tylko wiara, że się spełni ale też PEWNOŚĆ że tak będzie, głębokie przekonanie - i to jest chyba najważniejsze."
Dokładnie! I to jest właśnie to wyzwanie, które stoi przede mną. Właśnie zaczynam realizować marzenie mojego życia - studiuję coś na co czekałam świadomie ponad 3 lata, a podświadomie o wiele dłużej. I teraz, choć z jednej strony to takie proste (no bo Huna jest prosta), podświadomość, przekonanie i działanie, ale z drugiej strony wątpliwości obsiadają mnie co i rusz jak natrętne komary latem nad jeziorem.
"Przykład: mój ojciec gra w lotka, ale wysyłając kupon myśli, że na pewno nic nie wygra!!! Ostatnio pytam się na co przeznaczył by wygraną. Odp że pomyśli jak wygra, a w ogóle to mu nic nie potrzeba, bo wszystko ma. To po co gra. Teraz myśli i przetrawia."
Zgadzam się! Przykład z życia wzięty. Wyafirmowałam sobie nie tylko pokój z widokiem na chmury, ale też w bonusie dostałam meble i sympatyczną współlokatorkę. Zastanawiam się jednak czy w tym przypadku podświadomość nie zadziałała jakoś przewrotnie gdyż (w związku z tym, że jednocześnie afirmowałam dostatek i bezpieczeństwo finansowe) mój pokój jest dosyć drogi. Nie to, że się skarżę. Aczkolwiek nie rozumiem.
"Z mojego doświadczenia wynika, że pieniądze są super, ale tylko jako środek do celu, same w sobie nie dają i nie zabierają szczęścia. Gdy skupiam się na pracy i wykonuję ją dobrze dla innych pieniądze same płyną."
No tak, ja też nie chcę ich dla samego faktu posiadania, ale po to, abym zawsze miała pewność, że mogę w każdej chwili zaspokoić moje potrzeby.
Może macie jakiś pomysły na "skanalizowanie" afirmacji i wizualizacji. Będę wdzięczna.
Pozdrawiam serdecznie!
Myślę ,że takie uszczegółowianie potrzeb jest niepotrzebne. Skupianie się na pieniądzach jako celu gubi ważniejsze i wspanialsze cele. Osobiście byłam bardzo szczęsliwa, gdy moje afirmacje i wizualizacje spełnaiły się i to czasami natychmiast. A byłam perfidna i często brałam się za coś co inni uważali zo scenariusz niemożliwy ( w ramach udowodnienia rodzinie,że to działa i aby zechcieli sami też spróbować). Jednak przełomowym etapem była śmierć mojej matki, której w moim przekonaniu dostatecznie nie pomogłam na ścieżce życia. Zrozumiałam, że choć, tak się starałam to na swoim poziomie nie widzialam co trzeba dla niej zrobić. Jako ,że wzorem jak praktykować hunę jest dla mnie Jezus ( podziwianym też przez hawajskich kahunów). Zaczełam analizować modlitwę której nauczył uczniów gdy prosili Go jak się modlić. Wiem, że gdy nie znałam huny nie rozumiałam jej. Brałam zbyt dosłownie.
Gdy prosimy "chleba naszego powszedniego" to możemy mieć na myśli wszystko co jest nam potrzebne do życia na codzień. Abyśmy mogli zająć się ważniejszymi sprawami i aby troska o ten "chleb" nie zasłoniła nam naszych ważniejszych dla nas celów. I najważniejsza dla mnie refleksja: miałam opory przed wypowiadaniem "bądź wolaTwoja" czyli negowałam jakby możliwość, że to co chce dla mnie Bóg będzie dla mnie dobre lub conajmniej lepsze od tego co sobie wymarzę. Takie widzenie Boga jest już przedstawione w ksiedze rodzaju gdy wąż skutecznie wmówił ludziom, że nie są dostatecznie kochani i mogą osiągnąć więcej poznając dobro i zło. Łamiąc zakaz i jedząc zakazany owoc zwątpili w miłość a tym samym odcieli się od niej. Miłość która chroniła ich przed złem .
Dlatego obecnie ideałem jest dla mnie aby moje WJ samo stwarzało mi warunki do rozwoju. "Bo ja albo je spowalniam, albo nabiorę tyle ,że uciągnąć nie mogę". Coś podobnego powiedziała Stokrotka ale nie pamiętam gdzie.
Ps. A tak właściwie to chciałam podziękować za poruszenie tego ważnego tematu: "wolność wyboru". Bo wczesniej niedokładnie widziałam, że wybory innych mają ich nauczyć tego czego właśnie nie umieją i nie mam prawa im tego zmieniać. Choć mogę wspomóc , aby pomogły osiągnąć zaplanowany przez niego samego i Ducha wszechświata cel.
No właśnie Hanah, poruszyłaś ciekawą kwestię, która uwypukla sens pytania o wolność wyboru - "niech będzie wola Twoja". Skoro wola Boga, to gdzie nasza? No chyba że faktycznie każdy z nas jest częścią Boga, albo też, inaczej ujmując, Bóg przenika wszystko, w tym również każdego człowieka, to w takiej sytuacji faktycznie można stwierdzić, że celem harmonijnego działania całości lepiej jest, aby jego wola "rządziła". Ale skoro mówi się/wierzy się, że Bóg/Siła Wyższa/inne nazwy Absolutu chce dla nas jak najlepiej i, co więcej, wie co jest dla nas najlepsze, to ciężko oprzeć się wrażeniu, że człowiek jako jednostka ma tu "mało do gadania". No bo albo sprzeciwię się woli Boga (który przecież chce dla mnie tylko dobrze) i pójdę pod prąd bo tak mi dyktuje serce, albo też poddam się jego woli, bo wiem, że chce dla mnie jak najlepiej i jednocześnie tak jakby zatracę to poczucie, że mogę sterować swoim życiem i iść w wybranym kierunku. Nie wiem, może rozumiem to błędnie, ale jak w takim razie interpretować to co ktoś z Was napisał powyżej w sprawie studiów, na które się nie dostał/-a bo za każdym razem brakło pieniędzy? Jak interpretować takie sytuacje?
Ja rozumiem to tak - z jednej strony to cudowne, że ktoś nad nami czuwa, pomaga, chce jak najlepiej i jednocześnie jest najpotężniejszym "ucieleśnieniem" dobra. Z drugiej strony zaś jakaś przewrotna, rewolucyjno-buntownicza część mnie nie potrafi pogodzić się z tym, że to czego się podejmę, a co nie jest zgodne z najwyższym dobrem, zwyczajnie się nie uda.
Kiedyś gdzieś przeczytałam cudowną afirmację pomagającą realizować marzenia: Bóg podsunął mi ten pomysł i pokaże mi też najlepsze drogi jego realizacji. No właśnie. Paradoks? Skąd mamy wiedzieć, że to czego pragniemy jest właśnie podszeptem Boga? Coś czuję, że mi się mózg gotuje! :)
Piątkowe pozdrowienia!
Ha przyznam, że z ciekawością sledzę wasze rozwazania bo tez mnie nurtuja te kwestie.
Hmm jesli chodzi o to, czemu WJ czy Bóg chce cos innego, lepszego dla nas to mysle, ze to jest tak, - WJ jest jakby na "bocianim gniezdzie" okretu naszego zycia i widzi duzo wiecej i dalej niz Kapitan - Srednie Ja i "silnik" dzialajacy tak jak go Kapitan- Inzynier na dana chwile zaprojektował. KApitan za sterem widzi tylko co przed soba, majtek u góry jest w stanie dostrzec górę lodową na trasie duzo wczesniej i namawiac na zmiane kursu. Ale interes jest wspolny- cało i bezpiecznie dopłynąc do Portu, po drodze zatrzymując się i handlując roznymi dobrami na mijanych lądach-Mana;)
Moze to jest tak, ze kazdy z nas ma taki program jak Kolumb, a on tez chcial doplynac do Indii, lecz Ameryka przerosla jego oczekiwania. Bog/ Absolut przenikajacy wszystko mozna by porownac do fal i przyrody, ktore go tam zaniosly.
Oo jaka miła metafora mi przyszła patrzcie do głowy:)
Pozdrawiam
Wiesz Vinter? Mnie również bardzo frapowało zagadnienie i niby paradoks- bądź wola Twoja a bądź wola moja. Wiąże się ono głównie z samą miłością. Prawdziwa miłość jest głeboka i bezwarunkowa a przede wszystkim sprawcza, twórcza ,dawająca i sama nie wiem jak ją okreslić. Ładnie to napisała Stokrotka na forum sily pisząc ,że miłość ma tyle odcieni ,że jednego życia nie starczy aby poznać wszystkie jej barwy. Miłość pragnie szczęścia głownie dla obiektu który kocha. Jeżeli ktoś kochał to o tym wie. I tak jak w miłości, osobie która nas kocha, ufa się. Im miłość większa tym zaufanie większe. O tym też wie ktoś, kto kochał/ kocha. O wspaniałej miłości jaką darzy nas WJ możemy tylko wnioskować bo nie jesteśmy w stanie tak kochać jak Ona. Nie możemy odwzajemnić takim samym uczuciem, jedyne co możemy to zaufać i to jest najwyższy dar z naszej strony. Dar miłości na który czeka, a na który tak trudno nam się zdobyć. Nawet widząc jak chętnie nam pomaga:)
Ps. Czytałam dziś artykuł Michała Papierskiego "Miłość:żródło życia" w którym napisał dla mnie ciekawe zdanie "Prawdy nigdy nie da się oddzielić od miłości, gdyż nie jest żadnym uniwersalnym wzorem, wydrukiem z komputera. I ciekawe było uzasadnienie. proste i trafne.
>>Ja rozumiem to tak - z jednej strony to cudowne, że ktoś nad nami czuwa, pomaga, chce jak najlepiej i jednocześnie jest najpotężniejszym "ucieleśnieniem" dobra. Z drugiej strony zaś jakaś przewrotna, rewolucyjno-buntownicza część mnie nie potrafi pogodzić się z tym, że to czego się podejmę, a co nie jest zgodne z najwyższym dobrem, zwyczajnie się nie uda.<< /vinter/
Nie sądzę, żeby "najwyższe dobro" chciało się narzucać. Myślę, że wszystko może się udać, jeżeli zdecydujesz, że chcesz tego bez względu na konsekwencje. Można świadomie wybrać taką drogę - na tym IMHO polega wolna wola.
Skąd mamy wiedzieć, że coś jest podszeptem Boga?
W tym cała zabawa, że nie wiemy i dopóki żyjemy raczej się nie dowiemy. Musimy obstawiać w ciemno, w co będziemy wierzyć - ot hazard. A po tamtej stronie - o ile istnieje - dowiemy się, kto wygrał i jaka była stawka...
taak, z pewnością WJ wie i widzi więcej ....
straty w naszym życiu są stratami tylko z pozoru, w moim przypadku zawsze sprawdza się powiedzenie "nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło" - zawsze jakaś klęska zapowiada Wielkie Zwycięstwo
wiem to wszystko...a mimo to, tak trudno przechodzi mi przez gardło "bądź wola Twoja"
Ciągły brak zaufania? Zbyt płytka wiara?
Ja to sobie kwestię wolnej woli jeszcze tak wyobrażam: zanim się urodzimy wybieramy sobie pewien model życia tu na ziemi, to co chcemy osiągnąć, kim być, czego doświadczyć, tyle że pamięć o tym zostaje nam zabrana i stąd ta cała szamotanina z losem. A szkoda, bo tak chyba byłoby łatwiej. Ale to tylko takie moje przypuszczenie ;)
Właściwie, to czasem mam takie odczucia, że życie to jednak matrix. Wybieramy sobie postać, jej wygląd, cechy, umiejętności - jak w grze komputerowej. I wyruszamy w podróż, zbierając punkty doświadczenia i inne takie. W międzyczasie tracimy punkty życia, a jak umrzemy, to możemy wybrać inną postać, albo inną grę...
hanah mogłabyś książke napisać ja teraz afirmuje żeby mieć takiego jednego kwiatka i parę innych mi troche nie pasuje, że u mnie w cerkwi taka smutna atmosfera jest chciałbym kiedyś zobaczyć baciuszków śpiewających gospel
_________________
Gdyby życzenia się spełniały, świat byłby piękny i wspaniały
Pod warunkiem, że spełnią się tylko te dobre, a nie te złe.
Teraz chyba namieszam.
Jest filozofia "pustego piekła" która dowodzi/ filozofiznie - oczywiście/ że jaką byś nie podjał w zyciu decyzje w kolejach losu wyjdzie ona na dobrą.
Załadając ,że Dobro to Bóg /W,J jak zwał ..../ to zło byłoby brakiem Boga.Czyli brakiem dobra.
Jezeli Dobro chce dla nas dobra , to znaczy ,że nie moze zyczyć nam zła.
Jeżeli to Dobro nas prowadzi , to "doprowadza" nas do dobra.
W ten sposób piekło jest puste. A my czego byśmy w zyciu nie zrobili, w rezultacie końcowym wychodzi nam to na dobre :)
No to namieszałam hihihi
Jak najbardziej zgadzam sie z tobą regginą .Zycie to Matrix
Post edytowany przez: Stokrotka, 23-10-2007 - 13:46
Tak na mój rozum ta filozofia pustego piekła rozbija się o wolną wole.
Bo Bóg, WJ, Miłość absolutna, kocha nas bezwarunkowo. Jedynym "warunkiem" jest zgodność "poglądów" ( jak w fizyce woda albo ugasi pożar albo pożar spowoduje wyparowanie wody) Miłość jako wartość stała i niezmienna (tu Bóg) nie chce i nie ulega zmianom. Jednocześnie miłość ta jest nieograniczona , a jak nieograniczona to musi być i w piekle. Jednak na skutek wyboru danej osoby tu: krzywdzenie innych (czyli braku miłości) osoba ta staje się niezgodna "poglądowo". Czyli spala się w ogniu miłości. Zaraz, zaraz. Powiecie, była mowa o wolnej woli.
Bóg jest stały i niezmienny jak mówi ,że nie złamie wolnej woli człowieka, to tak zrobi. Ano właśnie to nie Bóg nas wsadzi do tego piekła zrobimy to sami z własnej woli.
Aby nie kończyć tak pesymistycznym akcentem uczmy się miłości już teraz, to bezcenny i wspaniały dar unoszący nas na wyżyny ducha